Cóż za słodka ironia. Europe House przy Smith Square, gdzie swoje siedziby mają londyńskie przedstawicielstwa Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego, to ten sam budynek – była siedziba główna Partii Konserwatywnej – w którym Margaret Thatcher świętowała wyborcze zwycięstwa.

Wokół unosiły się więc duchy przeszłości, gdy trójka prominentnych brytyjskich euroentuzjastów wybrała w zeszłym tygodniu Europe House na miejsce rozpoczęcia czegoś, co jest na razie nieoficjalną kampanią na rzecz głosowania na tak w ewentualnym brytyjskim referendum na temat członkostwa w UE.

Ken Clarke (torys, minister bez teki), lord Peter Mandelson (laburzysta, były komisarz unijny i wybitny spec od politycznego marketingu) oraz Danny Alexander (liberalny demokrata, wiceminister skarbu) wspólnie firmują inicjatywę pt. Centre for British Influence (CBI, Ośrodek na rzecz Brytyjskiego Wpływu), którego zadaniem będzie przekonać mieszkańców Zjednoczonego Królestwa do głosowania za pozostaniem w Unii – jeżeli premier David Cameron spełni wreszcie swoją obietnicę rozpisania na ten temat ogólnokrajowego referendum.

Szemrany marketing

Ale co tu mówić o braku rozgłosu. Sama nazwa Centre for British Influence brzmi tak, jakby nowe stowarzyszenie było niemalże filią antyeuropejskiej Partii Niepodległości Nigela Farage’a (UKIP). Istnieje wiele otwarcie antyunijnych organizacji, które przynajmniej z nazwy zdają się mocniej zaangażowane w Europę niż CBI.

Jeżeli nowa grupa – której nazwa pokrywa się niefortunnie, a może taki był zamiar – z inicjałami Konfederacji Przemysłu Brytyjskiego – ma być rdzeniem przyszłej kampanii na rzecz głosowania na tak, to wygląda to niestety na przykład marketingu szeptanego. Czy chodzi o to, że tylko podejście kryptoreklamowe może przekonać brytyjskich wyborców do utożsamienia się z proeuropejskim przekazem?

W gruncie rzeczy nie musi to być wcale zła strategia. Nie tylko dlatego, że do niedawna sondaże pokazywały wzrost nastrojów proeuropejskich tylko wtedy, gdy temat schodził z czołówek gazet, lecz dlatego, że oddziaływanie Europy na Wielką Brytanię przebiegało krok po kroku tak, że niemalże niezauważalnie. Jednak gdy spojrzymy w perspektywie czterech dziesięcioleci brytyjskiego członkostwa, okaże się, że wpływ ten był ogromny – i niemal wyłącznie pozytywny.

Pożytki z bycia w Unii

Wiele korzyści płynących z faktu bycia krajem unijnym jest namacalnych i Zjednoczone Królestwo nie jest tu wyjątkiem. Są pieniądze na projekty infrastrukturalne, których – w odróżnieniu od większości pozostałych państw UE – nie mamy zwyczaju anonsować dziękczynnymi tablicami. Są liczne standardy do przestrzegania, czyniące nas częścią bloku politycznego, który wyrósł na globalnego regulatora. Dla eurosceptyków jest to „brukselska biurokracja”; my wolimy o tym myśleć jako o bilecie wstępu do cywilizacji.

Największa zmiana związana z czterema dziesięcioleciami brytyjskiego członkostwa w Unii dotyczy ogólnych perspektyw kraju. Co najważniejsze jednak, Unia, poprzez zapoznawanie nas z innymi Europejczykami (a także innych Europejczyków z nami), sprawiła, że uświadomiliśmy sobie – indywidualnie i jako naród – jak robi się różne rzeczy na Kontynencie i jak my te różne rzeczy możemy robić lepiej.

Członkostwo w Unii uspołeczniło nas w stopniu przez wielu chyba nieuświadamianym. Stań w kolejce do wejścia na pokład pociągu Eurostar na stacji St Pancras albo samolotu Easy Jet na praktycznie każdym lotnisku w kraju, a spotkasz europejski świat, który wydaje się normalny i znajomy – ale wystarczy się cofnąć zaledwie o pokolenie, by już taki nie był.

Nie chodzi tu o kulturę kulinarną czy kawiarnianą, o Zary i Novotele – chociaż Unia poprawiła nam jakość życia we wszystkich tych dziedzinach. Nie chodzi też o język, jakim mówimy; Brytyjczycy nadal głupio chełpią się swoją nieznajomością języków obcych. Tym, co się zmieniło, jest nasza świadomość i akceptacja rozmaitych europejskich niuansów i zwyczajów.

Nie ma powrotu do zaścianka

Do dzisiaj pamiętam, jak koleżanka z klasy w podstawówce pojechała na wakacje do Hiszpanii. Była to taka nowość, że nauczycielka kazała nam zbudować model areny do walk byków. A dzisiaj? Nie ma powrotu do tamtej zaściankowości. Nie tylko dlatego, że myślenie europejskie jest zakorzenione w naszych umysłach – tak, nawet w umyśle Nigela Farage’a – lecz przede wszystkim dlatego, że nasi przyjaciele i sąsiedzi zrobią, co w ich mocy, by do takiego powrotu nie dopuścić.

Od chwili zaprezentowania z wielkim hukiem mniej więcej rok temu najnowszej odsłony brytyjskiej tragikomedii pod tytułem „Być czy nie być w Unii” niezliczona ilość zagranicznych dyplomatów afiliowanych w Londynie pytała – ze zgrozą, a nie ze skrywanym zadowoleniem – czy Wielka Brytania naprawdę mogłaby wyjść z Unii.

Byli wśród nich oczywiście przedstawiciele innych krajów europejskich, ale też Chińczycy, Japończycy, Rosjanie i – co wcale nie najmniej ważne – Amerykanie. Ostrzegawcza wypowiedź szefa Departamentu Stanu Phillipa Gordona, a następnie telefon prezydenta Obamy do premiera Camerona – upubliczniony przez Biały Dom – nie zostawia w kwestii ich poglądu na sprawę żadnych wątpliwości.

Potęga Wielkiej Brytanii, jej znaczenie międzynarodowe i tożsamość w XXI wieku postrzegane się przez świat zewnętrzny przede wszystkim jako europejskie. Tak widzą nas inni. Ale tak też w głębi ducha będą postrzegać siebie Brytyjczycy jutra.