Znam Călina Petera Netzera, oglądałem jego filmy, ale nie widziałem jeszcze „Child’s pose” – „Pozycji dziecka”. Oglądałem filmy Cristi Puiu, Cristiana Mungiu, Corneliu Porumboiu, Cristiana Nemescu czy Tudora Giurgiu. Żyłem zawsze w rzeczywistości, która bardzo często jest wbrew logice cywilizacji.

Społeczeństwo, więzienie, szpital, szkoła i inne instytucje są w równym stopniu źródłem inspiracji dla dzieł artystycznych wielkiej wartości należących do nowej fali naszego kina. Ciągle wierzę, że przeznaczenie, jeśli nadal podążać będziemy ścieżką wydobywania się z komunizmu, zaprowadzi nas do celu, jakim jest przyznanie nam literackiej Nagrody Nobla. Co prawda otrzymała ją już Herta Muller, ale za dzieło, którego źródłem były raczej skutki pamięci o komunizmie, a nie komunizm sam w sobie.

Pod prąd historii i na poboczu cywilizacji

Spodziewam się więc, że kiedyś przypadnie nam Nobel za opisanie transformacji, czyli za temat przewodni filmów nowej fali. Filmów, o których pewnie nigdy byśmy się nie dowiedzieli, gdyby nie otrzymały nagród na międzynarodowych festiwalach, bo większość z nas uważa je za zniesławiające nasz kraj. Ci młodzi reżyserzy starają się o dofinansowanie z instytucji, jaką jest Narodowe Centrum Filmowe. Ale otrzymać stamtąd jakieś pieniądze jest bardzo trudno.

A przecież powinniśmy im pomóc, ponieważ to oni czynią lukratywną na rynku światowym jedyną jeszcze autentyczną rzecz, jaką mamy – cierpienie i desperację wynikające z bycia Rumunem. Desperację kroczenia pod prąd historii i na poboczu cywilizacji. W dzisiejszym świecie to się dobrze sprzedaje i moglibyśmy więcej zainwestować w ten rodzaj samobiczowania.

Spróbujmy sparafrazować słynne zdanie z filmu „Filantropia” Nae Caranfila, że ponieważ ciągle wyciągamy rękę do Europy, MFW i Banku Światowego, to dopiszmy sobie do tego chociaż piękną historię. To będzie taka wysublimowana forma żebractwa. Sprzedamy wam pigułki rozpaczy, a wy, ludzie Zachodu, dacie nam za to trochę pieniędzy, szczęśliwi, że udało wam się uniknąć tego samego dramatu, który spotkał nas, bo wasze kraje chroniły porozumienia z Jałty!

Czechowowska tradycja

Nie widziałem jeszcze „Pozycji dziecka”, ale „Śmierć Dante Lazarescu” wprawiła mnie w zdumienie, nie tylko dlatego, że dzieło odchodziło od konwencjonalnego obrazowania, ale dlatego, że wiedziałam, iż było oparte na prawdziwej historii. Film Netzera ma swoje źródło w tej samej tradycji, co dzieła Czechowa, gdzie opisywany jest bezsens życia w świecie, w którym to, że możemy o sobie decydować, nie ma żadnego znaczenia. Widziałem „Filantropię” i „California Dreamin’” i uwiodło mnie wyniesienie rumuńskiego radzenia sobie do rangi filozofii życia. Za każdym razem, gdy pojawia się film nowej fali, odczuwam nieodpartą chęć przeczytania jeszcze raz właśnie Czechowa, ponieważ jestem przekonany, że absurd, w naszym wschodnim świecie, jest raczej elementem naszego etosu niż negacją rozumu.

Postaci w naszych filmach są rodem z twórczości autora „Trzech sióstr”. Rumunia okresu przemian jest zamkniętym światem, z którego one próbują się wydostać, ale udaje im się to tylko przez ucieczkę w fikcję albo w śmierć. Postaci Giurgiu, Porumboiu, Netzera czy Mungiu są jakby więźniami losu związanego z okresem przemian, w którym czas oczekiwania zamienia się w długą agonię. Hermetyczny świat i słabe, migoczące światełko są dominującymi cechami tego kierunku w kinematografii przedstawiającej nasz świat.

Bardzo rzadko pojawia się w nich, tu czy tam, jakiś promyk słońca… Bez względu na to, czy mowa jest o skrobankach czy o wierze, narkotykach czy też przechodzeniu społeczeństwa na kapitalizm, filmy nowej fali koncentrują się na problemie indywidualizmu czy skrajnego egoizmu, na zdradzie, a przede wszystkim na samotności, która towarzyszy procesowi rozpadu i śmierci istoty społecznej. W tych historiach większość bohaterów to kobiety, którym nigdy nie udaje się przejąć kontroli nad własnym losem czy rodziną, podczas gdy mężczyźni już dawno zdezerterowali.

Filmy te mają otwarte zakończenie, tak jakby każdy z nich był dalszym ciągiem tego, co reżyser pozostawił bez odpowiedzi w „California Dreamin’” – rzeczywistość rumuńską dryfującą w kierunku, którego nikt nie jest już w stanie zmienić.

Spojrzenie bez nienawiści, lecz bezlitosne

Co wyróżnia tych młodych od tych, którzy próbowali oszukać amatorów kina w Europie tuż po 1989 r. według zasady „nowe czasy… ciągle takie same”? Te dzieci przeżyły pierwsze etapy transformacji, kontemplują teraz otwarte rany, jakie pozostawił komunizm, nie są obciążone doświadczeniami kompromisu. Żyją w rzeczywistości, która staje się coraz mniej ludzka i podnosi egoizm do rangi wartości czasu przemian.

Dzieci te nie korzystają ze swojej wyobraźni, aby fałszować, ale aby opowiadać. Wyrośli z „kluczem na szyi”[w krajach komunistycznych dzieci wychodziły same do szkoły, bardzo wcześnie, z kluczem do domu zawieszonym na sznurku wokół szyi. Dzisiaj, te dzieci-klucze są symbolem tych, którzy radzą sobie sami] w czasach, w których nikt nie miał dla nich czasu na opowiadanie historii. Ale to, co ich najbardziej wyróżnia, to spojrzenie bez nienawiści, opowiadają z dystansem, zapisują obrazami stan rozpadającego się świata. Nie proponują rozwiązań, ale są pierwszymi, wolnymi ludźmi z naszego świata.

Niestety, w Rumunii nie mają oni zbyt licznej publiczności, bo jest to kraj, który nie potrafi spojrzeć w lustro. Są oni, podobnie jak miliony innych Rumunów, uchodźcami na Zachodzie, gdzie się ich jednego dnia celebruje, a następnego dnia mija z obojętnością. Tak jak mija się z obojętnością dramat krajów Europy Wschodniej, którym nie udaje się znaleźć wyjścia z tej czechowowskiej agonii, nazywanej przez nas transformacją.