Piętnasty września nie był odosobnionym wydarzeniem. Nie wziął się tylko z jednolitego podatku socjalnego, po którym nastąpiła rzeź podatkowa. Większość Portugalczyków nie spodziewa się już zmiany nastrojów w CDS [chrześcijańskiej demokracji, współtworzącej koalicyjny rząd] ani nie liczy na to, że prezydent Aníbal Cavaco Silva otrząśnie się z letargu czy też tzw. wewnętrzna opozycja w PSD [centroprawicowa Partia Socjaldemokratyczna premiera Pedro Passosa Coelho] uzna, iż wybiła jej godzina. Ludzie wyszli na ulice, w chwili gdy „trójka” dokonywała oceny sytuacji w kraju, by pokazać, że nie są „poczciwym narodem”, jak to się wydawało jednemu z biurokratów.

Mimo oczywistej niechęci, jaką żywi dziś społeczeństwo do klasy politycznej, demonstracje, które odbyły się 2 marca nie były antypolityczne. Więcej w nich było smutku i rozczarowania niż w protestach wrześniowych, ale nie wyczuwało się w nich jeszcze rozpaczy. Niosły ze sobą treści polityczne i symbolikę wypływającą z pobudek demokratycznych. A to – zważywszy na obecną sytuację społeczną i paraliż instytucji, jakiego jesteśmy świadkami – jest czymś niezwykłym. Być może należy to tłumaczyć tym, że nasza demokracja jest jeszcze względnie młoda.

Zbyt hojne państwo opiekuńcze

Powiedziałem „jeszcze”, bo jeśli opozycja nie znajdzie odpowiedzi na ten bunt, tworząc wiarygodne inne wyjście – zamiast ograniczać się do przygotowań do zmiany warty czy próbować zabiegać o poparcie przed przyszłymi wyborami – kolejny krok może wyglądać zupełnie odmiennie.

Jestem przekonany, że gdyby w przyszłym roku pojawiło się „coś” nowego na mapie wyborczej i było w stanie porwać i skupić na sobie uwagę Portugalczyków, efekt byłby zaskakujący. To „coś” może mieć pozytywny wymiar, ale równie dobrze może się okazać – i to jest bardziej prawdopodobne – czymś nieokreślonym albo wręcz politycznie niebezpiecznym.

Kiedy przyjrzymy się bliżej sobotnim demonstracjom, uderza nas wiek manifestantów. Przyszło na nie, w odróżnieniu od protestów wrześniowych, wielu emerytów. To na nich spadają wszystkie problemy. Urodzili się i wyrośli w kraju społecznie, gospodarczo i kulturowo zapóźnionym. I bardziej niż inni dźwigają tego zapóźnienia brzemię.

Nędzne emerytury, które większość z nich otrzymuje, mają być dobitnym dowodem na to, że mamy zbyt hojne państwo opiekuńcze – tak przynajmniej uważa i chce wmówić to krajowi Passos Coelho. Taki pogląd może się zrodzić tylko w głowie kogoś, kto patrzy na kraj wyłącznie z perspektywy partyjnych struktur i gabinetów zaprzyjaźnionych szefów firm.

Najwięcej się w sobotę mówiło o emigrujących dzieciach pozbawionych pracy i nadziei. I o braku perspektyw dla wnuków. W społeczeństwie takim jak portugalskie, w którym rodzina jest czymś w rodzaju dodatkowego (a może nawet głównego) państwa opiekuńczego, starzy ludzie dźwigają niedole wszystkich pokoleń. I ponoszą największe z wszystkich ofiary.

Pokojowy bunt

Wielu emerytów, którzy wyszli w sobotę na ulicę, brało po raz pierwszy w życiu udział w demonstracji. Inaczej mówiąc, przeżyli dyktaturę, PREC [Proces rewolucyjny w toku, czyli przemiany demokratyczne po 1974 r.] i wszystkie lata demokracji i ani razu nie korzystali z tego prawa. Dopiero teraz, mając ponad 60 lat i po prawie 40 latach demokracji, poczuli, że muszą to zrobić.

Jesteśmy świadkami pokojowego buntu, który wpisuje się jeszcze w znany nam dziś system polityczny. Ale wszedł on już w fazę schyłkową. Jeśli politycy w dalszym ciągu będą głusi na społeczne żądania, może dojść do niespodziewanych zdarzeń. Sądzę (czy przynajmniej mam taką nadzieję), że zmieszczą się one w granicach demokracji i nie podważą jej. Ale po dwóch latach oszczędności i biedowania wszystko się może zmienić. Już się zmieniły same formy sprzeciwu. Ludzie nawet nie próbują się skupiać wokół związków zawodowych czy stronnictw. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Po prostu tak już jest.

Jeśli opozycja nie zdoła nadać kształtu jakiejś wiarygodnej propozycji, a główna partia portugalskiej prawicy znajdzie się w rozsypce, pierwsi, którzy na tym skorzystają – czy to będą ludzie poważni, czy populiści, komicy czy mężowie stanu – mogą doprowadzić do politycznego trzęsienia ziemi. Bo społeczne już się właśnie dokonuje. Chociaż instytucje i partie zdają się tego nie dostrzegać.