Kwestia podziału mandatów w nowym Parlamencie Europejskim związana jest z postanowieniem traktatu lizbońskiego, które przewiduje zmniejszenie ogólnej liczby mandatów z 754 do 751, oraz z akcesją Chorwacji do UE. Pozostałe państwa będą musiały zrobić miejsce dla 11 eurodeputowanych chorwackich, co może się dokonać wyłącznie poprzez odebranie części mandatów dotychczasowym krajom członkowskim. Czy nowy podział miejsc jest wybitnie polityczny, czy też wynika z czysto matematycznego rachunku?

Arytmetyka i sprawiedliwość to dwie różne sprawy. W żargonie brukselskich biurokratów sprawiedliwość to „degresywna proporcjonalność”, co oznacza po prostu, że małe kraje mają w stosunku do liczby ludności więcej mandatów niż duże.

Propozycja Komisji ds. Konstytucyjnych, na temat której europarlament wypowie się w połowie marca, odbiera trzy miejsca Niemcom i jedno dwunastu krajom, nie ruszając mandatów pozostałych piętnastu. Fakt, że wpływy Niemiec, ich dominująca pozycja w UE, maleją, może nasuwać myśl, iż chodzi tu o wybór polityczny, ale prawda jest o wiele bardziej banalna: Traktat lizboński stanowi, że żaden kraj nie może mieć więcej niż 96 mandatów. Tymczasem Niemcy mają ich 99, więc byłoby to niezgodne z traktatowymi zapisami.

Kluczowe wybory

Żaden z innych dużych krajów UE – Francja, Wielka Brytania, Włochy, Hiszpania czy Polska – nie będzie musiał zrzec się swoich mandatów. Będą to musiały uczynić kraje średniej wielkości. Odstępstwem od tej zasady jest Finlandia, która na szczęście na tym nie ucierpi i zachowa swoich trzynaście mandatów.

Ktoś może uznać, że zastanawianie się nad tymi wszystkimi liczbami nie ma sensu. A jednak sprawa jest ważna, ponieważ Parlament jest jedynym organem UE wybieranym przez naród, jego wpływy rosną, a wybory europejskie w 2014 r. będą miały o wiele większe znaczenie niż kiedykolwiek dotąd.

To prawda, że nigdy nie budziły one wśród obywateli szczególnego zapału, zwłaszcza wśród młodych, z których tylko co piąty interesuje się tym, kto będzie reprezentował jego kraj w Parlamencie Europejskim.

Jak wynika z badań opinii, większość obywateli dwudziestu siedmiu krajów członkowskich uważa, że nie słucha się na szczeblu europejskim ich głosu. Wprawdzie na ogół niewiele wiedzą o UE, ale są przekonani, że Parlament jest instytucją najlepiej reprezentującą Unię, co wiąże się w sposób oczywisty z ordynacją wyborczą.

Ambitniejszy pomysł

Po raz pierwszy przewodniczący Komisji Europejskiej zostanie wybrany w zależności od wyniku wyborów. Powinno to – podobnie jak fakt, że będzie można w przyszłości głosować na deputowanych startujących ze wspólnych list europejskich – stanowić impuls do podjęcia ogólnoeuropejskiej debaty na temat politycznego kierunku, w jakim powinna pójść Unia.

Jak dotąd poszczególne frakcje polityczne, mimo czasem diametralnie różnych poglądów, nie prowadziły kampanii wyborczych. Tymczasem posłowie coraz częściej głosują w zależności od swojej przynależności politycznej, a nie od obywatelstwa.

Ambitniejszym pomysłem byłoby dokonywanie wyboru wszystkich komisarzy spośród posłów Parlamentu Europejskiego, co nadałoby im większą legitymację demokratyczną. Nie da się jednak porównać stosunków między Komisją a Parlamentem z relacjami, jakie mogą ze sobą utrzymywać rząd i parlament w państwie narodowym.

Bezpośrednia więź między tymi dwoma ciałami uczyniłaby z Komisji europejski rząd, zbliżając tym samym Unię do państwa federalnego. Tyle że, jak na razie, nie widać zanadto woli politycznej i dążenia do wzmocnienia federalizmu.