Tak oto umiera raj podatkowy, w pierwszej jesiennej mgle, przez którą nie widać nawet czubka twierdzy Guaita. Ostatni cios dla stolicy włoskich finansów off-shore nadszedł w ubiegłym tygodniu, kiedy Bank Włoch wprowadził zarząd komisaryczny w banku Cassa di Risparmio di Rimini, który kontrolował jeden z 12 banków działających w republice San Marino – Credito Industriale Sanmarinense.

Według inspektorów z rzymskiego banku centralnego doszło do jaskrawych naruszeń przepisów przeciw praniu brudnych pieniędzy. San Marino w przeszłości było źródłem emigrantów. Boom gospodarczy dotarł tu w tym samym czasie, co do reszty adriatyckiej riwiery – w latach 60. – wraz z rozwojem turystyki, potem handlu i wreszcie przemysłu. Kiedy nastał dobrobyt, pojawiły się też lewe pieniądze.

Biznesmeni z wybrzeży Romanii wspinali się na Monte Titano, by złożyć tam swoje zyski. Aż w latach 90. doszło do przedawkowania. W San Marino od dawna były 4 banki, potem pojawiło się jeszcze 59 firm finansowych i osiem nowych banków, które głównie gromadziły depozyty, innych usług nie świadczyły prawie wcale. Powstała wymarzona kraina dla posiadaczy nielegalnego kapitału, która ściągała brudne pieniądze nie tylko z regionu (9 na 10 euro z depozytów pochodzi z zagranicy).

Wreszcie przybyli Rosjanie i kupili hurtem, co się da, zakorzeniły się tu zorganizowane grupy przestępcze, wybuchały skandale finansowe, tak jak ten, który pogrążył grupę Delta kontrolowaną przez zacny bank Cassa di Risparmio. Powstał on pod koniec XIX w. ze składek wieśniaków i robotników, a skończył jako centrala przekrętów. Aż nadeszło globalne tsunami, raje podatkowe postawiono pod pręgierzem, OECD sporządziła czarne listy, a włoski rząd nałożył embargo.

Polowanie na bankierów

„Ale teraz sezon został zamknięty. W przeszłości San Marino przesadzało”, przyznaje minister ds. przemysłu Marco Arzilli. Obecny rząd koalicyjnypowstały w 2008 r. dokłada wszelkich starań, by pozbawić państewko etykietki stolicy oszustw.

„Kiedy obejmowaliśmy rządy, San Marino było pod specjalną obserwacją komitetu Rady Europy ds. prania brudnych pieniędzy MONEYVALi na szarej liście OECD. W dwa lata udało nam się wiele osiągnąć”, dodaje minister spraw zagranicznych Antonella Mularoni.

„Znieśliśmy spółki niejawne i tajemnicę bankową, dostosowaliśmy się do międzynarodowych standardów przejrzystości operacji bankowych, zamknęliśmy wiele lipnych firm i byliśmy gotowi podpisać dwa porozumienia o współpracy z włoską policją oraz o udzieleniu inspektorom Banku Włoch prawa do kontroli banków w San Marino. Tylko że włoski rząd nie odpowiada na nasze prośby. Poodobnie było na szczycie MFW w Waszyngtonie. To niepojęte”.

Z pewnością dziś nie widać w San Marino wielu bankowców na wolności. Zresztą w ostatnim roku doszło do fatalnego odpływu kapitałów. Wedle komunikatu banku centralnego zebrano o 35% mniej depozytów. Oszuści podatkowi już nie ufają temu państewku, a amnestia podatkowa ogłoszona w ub.r. we Włoszech wymiotła zawartość bankowych skarbców.

Czystka w skarbcach

Z 14 mld zdeponowanych tu euro wyparowało 6 mld. Jednocześnie kryzys ograniczył płynność instytucji finansowych niemających dostępu do kredytu międzybankowego. Jakby tego było mało, włoski gigant Unicredit chce zerwać odwieczny sojusz z Banca Agricola Commerciale (Bac).

„Chcą nas wykończyć”, zapewnia Marco Beccari, sekretarz demokratycznego związku zawodowego pracowników San Marino. „Oczywiście ci, którzy działali wbrew zasadom zniszczyli nasz wizerunek, ale pod tą skorupą jest jeszcze zdrowa gospodarka, o którą trzeba zadbać. 31 tys. mieszkańcow, 20 tys. pracowników z czego 6,5 tys. z okolicznych rejonów Romanii”.

4 tys. osób zatrudniają służby publiczne, 15 tys. handel, przemysł mechaniczny, stalowy, farmaceutyczny i ceramiczny w strefach przemysłowych przy granicy. Ten mikrokosmos trwał sobie nienaruszony przez lata, a teraz cierpi w śmiertelnym uścisku włoskiego rządu. Mowa jest o 80 mln euro dziury w tegorocznym budżecie i co najmniej dwukrotnie większej na rok przyszły. I o możliwości interwencji MFW, które miałoby udzielić linii kredytowej jakby San Marino było jakąś Grecją czy Argentyną.

„Niektóre firmy wróciły do Włoch, inne nie przyjmują naszych faktur, jakbyśmy byli zadżumieni”, narzeka Beccari. W ostatnim roku 1% mających dotąd posady straciło je, na zasiłku wylądowało 1500 osób, rozpleniło się zatrudniane na czarno (ostatnie 2 ofiary śmiertelnych wypadków przy pracy to nielegalni pracownicy).

Raj utracony

Może są to niewielkie liczby, ale ciążą nad tym światem jak z bajki, gdzie wciąż obowiązują zasady opiekuńczości – hojne emerytury liczone od wysokości wynagrodzenia, tanie stołówki, dobra opieka zdrowotna, pożyczki na pierwszy dom i żłobki.

Teraz embargo Rzymu zagraża przyszłości tego wszystkiego, tym bardziej że trzeszczy również w nieruchomościach. Na górze Titano zabudowano każdy zakątek – budownictwo było jednym z kanałów inwestowania brudnych pieniędzy – i dziś straszy tam 7 tys. pustych domów. „Naszym celem jest zachowanie zdrowej gospodarki”, tłumaczą w Izbie Handlowej.

„Jak się nie uda, to stracą pracę także Włosi i padną firmy z regionu”. Ostatnią nadzieją jest Liga Północna, która łowi głosy wśród drobnych kupców i przedsiębiorców. „To jedyni, którzy mogliby przywołać do rozsądku ministra finansów Tremontiego”, powiadają na Skale. „Tym bardziej, że minister był doradcą banków z San Marino, więc powinien docenić nasz wysiłek”.