Minęło ponad dwadzieścia lat, od kiedy zapłakana Margaret Thatcher po raz ostatni opuszczała Downing Street 10 jako premier. Niektórzy rozpaczali, inni tańczyli z radości, ale nikomu nie umknęło wielkie, historyczne znaczenie owego momentu.

Tak właśnie zakończyła się era, która zdefiniowała – i na zawsze odmieniła – Wielką Brytanię. Zarówno na dobre, jak i na złe. Ostatnie lata życia Thatcher, kiedy to znajdowała się już na marginesie tutejszej polityki, niewiele tu zmieniają.

Lata siedemdziesiąte wydają się z naszej perspektywy zupełnie inną epoką. Zmienił się świat, zmieniła się też Wielka Brytania. Ale emocje, które Żelazna Dama budziła od dnia, gdy po raz pierwszy wkroczyła na Downing Street, ciągle są żywe. Wystarczy poczytać artykuły prasowe, które ukazały się po jej śmierci, większość z nich prędzej czy później powie nam, że Thatcher można było albo kochać, albo nienawidzić.

Niezachwiana wiara, żelazna konsekwencja

Być może zdawała sobie już sprawę, jak podzieli opinię publiczną, gdy pierwszego dnia swego urzędowania zacytowała świętego Franciszka: „Tam, gdzie panuje niezgoda, zaprowadzimy harmonię”. Wykazywała jednak głęboką wierność swoim przekonaniom, najpierw, gdy przewodziła Partii Konserwatywnej, potem, gdy stała na czele Wielkiej Brytanii.

Ta niezachwiana wiara mocno kontrastowała z szaroburym, nieco depresyjnym nastrojem, jaki w owych czasach panował zarówno w kraju, jak i w jej stronnictwie. Rzecz w tym, że wiara ta była początkowo jej siłą, po to by pod koniec okazać się śmiertelną słabością.

Przez jedenaście lat Margaret Thatcher wykazywała żelazną konsekwencję. Widać ją było, gdy twardo obstawała przy stosowaniu monetarystycznej recepty na gospodarkę i gdy sprzedawała udziały w państwowych firmach obywatelom.

Wykazywała się nią, wyprzedając domy socjalne prywatnym właścicielom, ale także, już pod koniec, walcząc ze zmianami klimatycznymi. Gdyby nie ta konsekwencja, Thatcher nigdy nie osiągnęłaby tego, za co ją dziś pamiętamy.

Z drugiej jednak strony były też jednak momenty, gdy jej upór i odmowa pójścia na kompromis sprawiały, że jej polityczne życie stawało się po prostu cięższe. W końcu zaś, cechy te doprowadziły do jej upadku.

Utrata kontaktu ze zwykłymi podatnikami

Z dzisiejszej perspektywy, gdy już wiemy, że wojna o Falklandy została przez nią wygrana, starcie to wydaje się jednym z najjaśniejszych punktów kariery politycznej Thatcher. Ale kto wie, może konflikt byłby do uniknięcia gdyby nie postawa Żelaznej Damy, która odmówiła wszelkich negocjacji? Być może istniał też sposób na ograniczenie nadmiernej władzy związków zawodowych bez doprowadzania do traumatycznych strajków górniczych? Może pokój w Irlandii Północnej zapanowałby szybciej?

Na to ostatnie pytanie zwolennicy Thatcher z pewnością odpowiedzieliby przecząco. Nie mogła przecież złamać się po tym, jak w 1984 r. ledwo uszła z życiem w zamachu IRA w Brighton.

Akurat z tym argumentem mogliby się zgodzić i krytycy Thatcher. Ale w pozostałych punktach, nawet po tylu latach, obie strony pozostałyby raczej okopane na swoich pozycjach. Pod powierzchnią politycznego życia w Wielkiej Brytanii wciąż da się wyczuć gorzką bliznę.

Thatcher wywodziła się z rodziny prostego sklepikarza, co często jej złośliwie wytykano. W dodatku była kobietą rzuconą w świat polityki, w którym mężczyźni dominowali w stopniu o wiele większym niż dziś. Żelazna Dama startowała więc z pozycji outsiderki.

Jej biografia z początku była jej atutem. Jednakże wraz z upływem lat zaczęła obciążać jej hipotekę.

Thatcher zaczęła się bowiem oddalać od prostych ludzi, dzięki którym zaszła tak wysoko. Doskonałym przykładem był jeden z nielicznych zwrotów w jej karierze, ten dotyczący podatku pogłównego, który wywołał potężne zamieszki. To one pokazywały, jak dalece Żelazna Dama straciła kontakt ze zwykłymi podatnikami. A przecież przez cały czas deklarowała, że to o ich interesy walczyła.

Pomysły, które odbijają się czkawką do dziś

To nie koniec, bo wiele pomysłów, które Thatcher firmowała, do dziś odbijają się czkawką dokładnie z tych samych powodów, jakie już w czasie ich wprowadzania wytykali krytycy pani premier. Lista przykładów jest długa.

Wyprzedaż domów socjalnych zdziesiątkowała zasoby tanich mieszkań, jakimi dysponuje państwo. Kraj płaci za to do dziś.

„Kapitalizm dla każdego” powiększył szeregi właścicieli akcji, ale stworzył też armię „przegranych”, którzy stali się ofiarami kryzysu.

„Wielki Wybuch”, który poluzował kaftan ograniczający dotąd londyńskie City, dziś może też być postrzegany jako praprzyczyna szaleństwa, jakiego świadkami byliśmy w latach dziewięćdziesiątych i w pierwszym dziesięcioleciu tego wieku. Wybicie zębów związkom otworzyło drogę dla kilku nowych przedsięwzięć (utorowało choćby drogę do powstania The Independent). Ale z drugiej strony ta zderegulowana gospodarka skutkuje dziś niskimi wynagrodzeniami i niską produkcją.

Za granicą Margaret Thatcher cieszy się bardziej jednoznaczną oceną. Wschodnia i środkowa Europa podziwiają ją do dziś za jej ideały i jasną retorykę. Przyczyniła się do końca zimnej wojny, gdy związała swój polityczny los najpierw z Ronaldem Reaganem, a potem z Michaiłem Gorbaczowem (w przypadku tego drugiego zaryzykowała nieco, biorąc jego reformistyczne deklaracje za dobrą monetę).

Te związki sprawiły też, że na moment Wielka Brytania ponownie znalazła się na świeczniku światowej polityki. Takiej pozycji kraj nie miał od końca wojny. Mimo ambicji Tony Blaira, w późniejszych latach Londyn nie zdołał jej też utrzymać.

Brak spadkobierców

Eurosceptycyzm Thatcher wpasowywał się idealnie w jej typowo angielski konserwatyzm. Ale jeśli porównamy go ze zjadliwą jego odmianą, jaka dominuje na tutejszych salonach dziś, wydaje się, że postawa Thatcher była nieco poważniejsza, a zarazem łagodniejsza. Abstrahując od tego, warto pamiętać, że to właśnie wewnątrzpartyjna kłótnia o Europę sprawiła, że Żelazna Dama była zmuszona odejść.

Przez jedenaście lat Margaret Thatcher była na brytyjskiej scenie postacią dominującą. Grała też pierwsze skrzypce na arenie międzynarodowej. Wypracowała standard sprawowania urzędu.

Ale duże znaczenie ma fakt, że na brytyjskiej scenie politycznej na próżno szukać kogoś, kto byłby jednoznacznym spadkobiercą jej filozofii. David Cameron od początku bardzo starannie dystansuje się od słynnego stwierdzenia Żelaznej Damy: „Nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo”.

Ta Wielka Brytania, którą z takim oporem pozostawiała Thatcher w 1991 r., bardzo różniła się od dzisiejszej. Ale wiele bitew stoczonych niegdyś przez Żelazną Damę dziś powraca.

Weźmy dyskusje na temat podatków, deregulacji gospodarki czy praw pracowniczych lub pozycji Londynu w Unii Europejskiej. Ten fakt może być oznaką tego, że Thatcher była wizjonerką. Ale pokazuje też, z jakimi ograniczeniami musi mierzyć się przywódca polityczny, który w warunkach demokracji chce przeprowadzać zmiany.

W czasach swej wielkości Margaret Thatcher pokazała wszystkim, jak tym przywódcą być. Tyle że mieszkańcy Wielkiej Brytanii wykazali się typową dla siebie cechą, często z godnym podziwu uporem odmawiali podążania za liderem.