Niemcyi Francja zgodziły się złagodzić nowy system drakońskich kar dla krajów łamiących dyscyplinę budżetową. Zrobiły to na tydzień przed niebywale ważnym szczytem UE, którego zadaniem będzie ratyfikacja systemu sankcji mających służyć wzmocnieniu wspólnego pieniądza.

Wysocy rangą urzędnicy unijni, ci, którzy przygotowywali ten nowy system i skonstruowali go po to, by uodpornić eurona nagłe kryzysy – podobne do tegorocznego załamania się finansów publicznych Grecji – starali się robić dobrą minę do złej gry.

Nie mogli jednak nie przyznać, że miała miejsce francusko-niemiecka zmowa. Chodzi w niej o to, by osłabić planowany system kar finansowych i uczynić go bardziej podatnym na polityczne targi.

Kanclerz Niemiec Angela Merkeli prezydent Francji Nicolas Sarkozyzgodzili się również, co także wywołało kontrowersje, doprowadzić do rewizji traktatu lizbońskiego, unijnej quasi-konstytucji, tak by kraje znajdujące się w kryzysie, jak niedawno Grecja, musiały ogłosić bankructwo i były pozbawione głosu w Radzie UE.

Francja pod presją

Podczas szczytu w Deauville na wybrzeżu Normandii w poniedziałek wieczorem Sarkozy uległ niemieckiej presji, by zrewidować traktat, w zamian za rezygnację Merkel z żądania, by sankcje przeciwko łamiącym dyscyplinę budżetową członkom strefy euro nakładane były automatycznie.

Jednak idea zmiany „Lizbony” z pewnością natrafi silny opór, bowiem europejscy przywódcy zmęczeni są najeżonym rafami dziewięcioletnim procesem jego ratyfikacji, który dobiegł końca dopiero w zeszłym roku.

Rewizja mogłaby również oznaczać kłopoty dla brytyjskiego premiera Davida Camerona, który sprzeciwiał się traktatowi i znalazłby się pod presją, by poddać jego nową wersję pod ogólnonarodowe głosowanie.

„Jeżeli unijni politycy chcą nowego traktatu, najpierw będą musieli ogłosić referendum w tej sprawie. Żelazny Dave dostaje dzisiaj szansę spełnienia swojej niedotrzymanej obietnicy poddania traktatu lizbońskiego pod osąd ogółu. Uwierzę, kiedy to zobaczę”, powiedziała Marta Andreasen, eurodeputowana z ramienia eurosceptycznej brytyjskiej Partii Niepodległości (UKIP).

Premier Cameron będzie z kolei argumentował, że jeżeli dojdzie do rewizji tego dokumentu, to będzie ona dotyczyła wyłącznie państw strefy euro, wiec nie ma potrzeby urządzania powszechnego plebiscytu w Wielkiej Brytanii.

Recepta na kryzys

Przez ostatnie pół roku unijni przywódcy kreślili plany systemu „europejskiej koordynacji gospodarczej”, miał on być odpowiedzią na kryzys finansów publicznych Grecji, który niemalże doprowadził do upadku euro, a w efekcie do stworzenia niemającego precedensu funduszu stabilizacyjnego w wysokości 750 miliardów euro.

Podkreślając, że grecka katastrofa nie ma prawa się powtórzyć, zapowiadali nowy system sankcji dla 16 krajów eurolandu, przewidujący potężne kary finansowe za przekroczenie dopuszczalnych poziomów długu publicznego i deficytu budżetowego.

Przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy został szefem „grupy roboczej” składającej się z przedstawicieli krajów członkowskich ds. finansów z zadaniem opracowania założeń nowego systemu.

Grupa spotkała się po raz ostatnim w poniedziałek, a jej propozycje mają być przedstawione Radzie UE w przyszłym tygodniu. Równolegle swoje propozycje legislacyjne przedstawiła Komisja Europejska.

Według propozycji przedstawionej w zeszłym miesiącu przez komisarza ds. gospodarczych i walutowych Olli Rehna państwa członkowskie strefy euro ryzykowałyby sankcje w maksymalnej wysokości 0,2 procent PKB za łamanie zasad paktu stabilności i wzrostu, na mocy którego deficyt budżetowy nie może przekraczać 3 procent PKB, a dług publiczny 60 procent PKB.

Automatyczne czy polityczne?

Sankcje nakładane byłyby niemal automatycznie przez Komisję, a odwołać je można by było wyłącznie kwalifikowaną większością głosów w Radzie UE. System został zaprojektowany tak, by zapobiec targom politycznym nieuniknionym, gdyby decyzję miały podejmować rządy.

Niemcy, główny strażnik fiskalnej dyscypliny w Unii, najsilniej naciskały na automatyczne sankcje i popierały Komisję. Paryż przewodził opozycji, podkreślając, że nad narodowymi budżetami kontrolę powinni mieć przede wszystkim wybieralni politycy i rządy.

Osiągnięte w poniedziałek francusko-niemieckie porozumienie przewiduje, że sankcje nakładane będą „automatycznie”, jednak decyzja należeć będzie do ministrów finansów EU, a nie do Komisji, co zwiększa prawdopodobieństwo politycznych przepychanek.

„W 2004 r. to Francja i Niemcy osłabiły pakt stabilności i wzrostu. Dzisiaj robią to znowu”, powiedział wysokiej rangi urzędnik Komisji Europejskiej. Niemiecka prasa krytykuje ustępstwa kanclerz Merkel.

„Rząd w Berlin poniósł spektakularną porażkę – pisze FT Deutschland – w walce o to, by nowy pakt stabilności stał się realnym instrumentem dyscypliny budżetowej”.