Angela i David – to z pewnością jeden z najbardziej fascynujących romansów w najnowszej historii politycznej. Siedem lat temu ścierali się, gdy nowo wybrany przywódca torysów kazał swoim europarlamentarzystom opuścić szeregi Europejskiej Partii Ludowej, zrzeszającej konserwatywną prawicę, w tym chadecję pani Merkel, i wstąpić do nowego, centroprawicowego ugrupowania powołanego do życia przez samego Camerona.

A gdybyście zobaczyli ich dzisiaj... W ostatni weekend świętowali nadejście wiosny w towarzystwie swoim i współmałżonków, a na dodatek jeszcze dzieci Camerona, w oficjalnej rezydencji rządu niemieckiego w Schloss Meseberg. Cóż za metamorfoza. Nigdy dotąd brytyjski premier nie zabrał całej swojej rodziny w tak ważną podróż zagraniczną, ani kanclerz Merkel nie pozwoliła nikomu – rodakowi czy obcokrajowcowi – na taką bliskość.

Zgodny chór w sprawie Europy

Jak głosi znany aksjomat, państwa nie mają przyjaciół, a jedynie interesy. Z pewnością jednak dobrze jest, gdy w obecnych trudnych czasach przywódcy są w stanie dodać przyjaźń do współpracy i w ten sposób wzmacniać poczucie wspólnego celu. Autorzy nagłówków pomijają zwykle to, co jednoczy ludzi, skupiając się na dramatyzmie wrogości i wszelkiego rodzaju podziałów.

Tak było w przypadku styczniowego przemówienia Camerona na temat UE, w którym wezwał do wzmocnienia roli państw narodowych. Nie zwrócono jednak uwagi na to, co w tym samym tygodniu niemiecka kanclerz mówiła w Davos. A stwierdziła ona, że Unia musi się zreformować, by stać się bardziej konkurencyjna i odzyskać zaufanie Europejczyków.

W tego rodzaju kwestiach premier Cameron i kanclerz Merkel mówią jednym głosem. Ale nawet jeżeli chodzi o drażliwe zagadnienie „kompetencji”, które Londyn chce odzyskać od Brukseli, różnica poglądów między tą dwójką zdaje się zmniejszać. W miejsce oburzenia, z jakim powitano styczniowe przemówienie Camerona, przyszedł w Niemczech powtórny namysł sprawiający, że oskarżenia o brytyjskie izolowanie się od Europy wydają się nieuzasadnione.

Potrzeba kompromisów

Michaela Meistera, wiceprzewodniczącego klubu parlamentarnego CDU/CSU, zapytano pod koniec zeszłego tygodnia, co sądzi o osławionym „przeglądzie kompetencji” zarządzonym przez Camerona, wynik którego ma zadecydować o referendum na temat członkostwa w UE, które premier obiecał przeprowadzić w 2017 r.

„Potrzebujemy kompromisów”, odparł Meister, polityk partii rządzącej. „Jesteśmy otwarci na argumenty”. Co ciekawe, dodał, że na temat pomysłów Camerona toczą się „intensywne rozmowy”. O to właśnie chodziło w weekendowym spotkaniu w Mesebergu. Jest o wiele za wcześnie, by stwierdzić, czy konieczna będzie zmiana traktatów, czemu kanclerz Merkel i reszta jej obozu są zdecydowanie przeciwni.

Ważniejsze jest to, że dzięki szczerości brytyjskiego premiera nowej aktualności nabrała kwestia europejskiego „deficytu demokracji”. Wyznaczanie terminów ma sens, nawet jeżeli w 2017 r. David Cameron, co się może zdarzyć, będzie politycznym trupem. „Angie” z pewnością nie chce, by jej nowy brytyjski przyjaciel wpadł w europejską pułapkę bez wyjścia.

Dobrą chemię pomiędzy nimi wzmacnia silne przekonanie niemieckiej kanclerz, że dla Unii utrata Wielkiej Brytanii, ale pozyskanie Chorwacji, Bułgarii albo Rumunii oznacza postawienie spraw na głowie.

Jednak w swych kalkulacjach Merkel bierze też pod uwagę sprawy krajowe. Jeżeli chce utrzymać obecną popularność do wrześniowych wyborów, to rozsądek podpowiada zbliżenie się do Camerona i do jego idei wolnego rynku i odpowiedzialnej demokracji, a nie pójście w stronę etatystycznej Francji z jej odruchami protekcjonizmu.

Armia cichych zwolenników

Cameron ma w Niemczech cichą armię zwolenników, popierających jego rzeczowe podejście do kwestii unijnych, jakże rzadko stosowane przez ich własnych polityków. Frustracja wywołana obciążeniem, jakie dla niemieckiego podatnika oznacza pomoc dla pogrążonych w kryzysie państw strefy euro, wywołała polityczne podziały. Kanclerz Merkel nie chce pogarszać sprawy przez rozpoczynanie kłótni z zagranicznym premierem, który jest w Niemczech bardziej popularny, niż sugerowałyby to nagłówki.

Niemcom właśnie przypomniano, jak „wszechwładny” kanclerz Helmut Kohl zmusił ich do przyjęcia euro. „Postąpiłem jak dyktator”, ogłosił Kohl cynicznie w wywiadzie udzielonym w 2002 r., a opublikowanym po raz pierwszy w zeszłym tygodniu. Ci, których pod koniec lat dziewięćdziesiątych nazywał niemalże „wrogami publicznymi”, stworzyli teraz nową partię, Alternatywa dla Niemiec, by rozpocząć mocno spóźnioną debatę na temat tego, co wyjście z euro oznaczałoby dla Niemiec.

By móc wystartować w wyborach parlamentarnych, nowa partia musi zebrać dwa tysiące podpisów w każdym z szesnastu niemieckich krajów związkowych. Według niedawnego sondażu co czwarty wyborca rozważa głosowanie na Alternatywę we wrześniu. Jak dotąd jednak partia zebrała w całym kraju zaledwie pięć tysięcy podpisów.

To „obawa czegoś poza grobem/ Obawa tego obcego nam kraju/ Skąd nikt nie wraca” [Hamlet, Akt III, Scena 1, przeł. J. Paszkowski] osłabia wolę sceptycznych niemieckich wyborców, gdy rozważają oni przyszłość po euro. Jednocześnie głęboko nie ufają politykom, pamiętając, jak Kohl zmusił ich do porzucenia marki.

David Cameron, z kolei, z jego otwartością i bezpośredniością, jest przywódcą, który podoba się i Niemcom, i ich kanclerz. Niech ten romans oprze się przeciwnościom losu w tych trudnych czasach.