Otwierając od 1 maja nowe posterunki kontrolne wzdłuż granicy z secesjonistycznym regionem Naddniestrza, Kiszyniów ponownie zaprasza dyskretnie do rozmów UE. Ale nie przyczynia się w ten sposób do złagodzenia napięcia na tym obszarze.

Kolejna runda rozmów w sprawie Naddniestrza (w formule 5+2: Rosja, Ukraina, OBWE, UE, Stany Zjednoczone, Mołdawia, Naddniestrze) odbędzie się w maju w Odessie. Ukraina, która obecnie przewodniczy OBWE, wiąże z tym spotkaniem duże nadzieje. Minister spraw zagranicznych tego kraju, Leonid Kojara, kierujący teraz pracami organizacji, oświadczył już, że Kijów zamierza nie tylko przyspieszyć rokowania, ale doprowadzić je do końca jeszcze w tym roku.

Konflikt coraz bardziej się zaostrza. Mołdawia umacnia swoją granicę wzdłuż Dniestru, uznając, że stanowi ona gwarancję bezpieczeństwa dla wschodnich rubieży Unii Europejskiej. Ludność prawego i lewego brzegu rzeki wyciągnęła z tego prosty wniosek, Mołdawia oddaje Naddniestrze Rosji lub Ukrainie (w zależności od treści porozumienia), a sama zwraca się ku UE i Rumunii.

Prowokacja mołdawska

Poczynając od 1 maja rozmieszczonych będzie wzdłuż granicy między Mołdawią a Naddniestrzem sześć nowych posterunków granicznych celnych i migracyjnych. Paszporty przybyszów z samozwańczej republiki niebędących obywatelami mołdawskimi będą skanowane i rejestrowane. Minister spraw zagranicznych Naddniestrza, Nina Sztanski, oświadczyła, że stosuje się już tego rodzaju praktyki, i że są to „dodatkowe ograniczenia swobody przemieszczania się obywateli”. Przypomniała, że na terytorium secesjonistycznym mieszka dziś ponad 180 000 obywateli rosyjskich i blisko 100 000 obywateli ukraińskich i że „z punktu widzenia Mołdawii można ich wszystkich uznać za cudzoziemców”.

W Tyraspolu uważa się, że decyzja ta ma charakter prowokacji. Bo „to właśnie o tej porze roku nasila się ruch osobowy między dwoma brzegami w związku z wiosennymi urlopami i świętami narodowymi [1 i 9 maja]”.

Mołdawia podjęła tę decyzję, licząc na liberalizację przepisów wizowych w stosunkach z UE. By stało się to możliwe, musi – jak wskazał szef delegacji Unii Europejskiej w Kiszyniowie, Dirk Schubel, zagwarantować bezpieczeństwo nie tylko swojej zachodniej, ale i wschodniej granicy. Tyraspol ostrzega, że „jednostronne kroki podejmowane przez Kiszyniów mogą doprowadzić do kolejnej spirali napięć nad Dniestrem”.

Wspólny dom się chwieje

Naddniestrze jest gotowe do podjęcia stosownych kroków. Można będzie wtedy postawić krzyżyk na europejskim projekcie pojednania skonfliktowanych stron. Wspólny dom najwyraźniej się chwieje. Co gorsza, w Kiszyniowie, podobnie jak w Tyraspolu mówi się ostatnio o możliwości wybuchu nowego lokalnego konfliktu w strefie bezpieczeństwa nad Dniestrem. A jest to strefa, w której stacjonują rosyjskie oddziały pokojowe. Stają się one zakładnikami sytuacji, której politycy nie potrafią lub nie chcą unormować.

Siły pokojowe w Naddniestrzu stacjonują tam na mocy mołdawsko-rosyjskiej umowy z 1992 r., która – jak mówią sami żołnierze – jest już przestarzała. Ale ani w Kiszyniowie, ani w Moskwie nie wspomina się o jej aktualizacji. W zaistniałej sytuacji Moskwa, Kijów i Bruksela nie mogą poprzestać na pozornym postępie w rozmowach, bo nie wystarczy to do powstrzymania stron.