W wagonach pierwszej klasy nie ma ani jednego wolnego miejsca. Jest czwartek, godzina siódma rano; jedziemy pociągiem łączącym Zurych, szwajcarskie centrum finansowe, z Bernem, stolicą państwa. W każdym innym kraju uznano by, że pociąg jest po prostu pełen ludzi, nic więcej. Ale nie w Szwajcarii. Na tej europejskiej wyspie dobrobytu pociągi i korki na niektórych drogach dla wielu obywateli stały się wyraźnym sygnałem, że coś tu nie działa, że państwo opiekuńcze zaczyna powoli pękać w szwach.

Krótko mówiąc, uważają oni, że w tym małym kraju nie ma już miejsca dla wszystkich i w związku z tym przyszedł czas, by zaprowadzić porządek na granicach. Takie wypowiedzi słyszy się na ulicy, ale także w biurach, gdzie rozbrzmiewa echo haseł politycznych, jakimi od lat atakuje skrajna prawica

We wczorajszym referendum Szwajcarzy znaczną większością głosów (79 procent) poparli zaostrzenie przepisów dotyczących udzielania azylu. Szwajcaria, w porównaniu z krajami Unii Europejskiej, zawsze była bardzo wspaniałomyślna, gdy chodziło o przyjmowanie uchodźców politycznych. Referendum, które odbyło się wczoraj [8 czerwca], to tylko jeden ze sposobów, za pomocą których klasa polityczna stara się odpowiedzieć na coraz większe zaniepokojenie obywateli.

Najgłośniejszym posunięciem, które jednocześnie najbardziej rozgniewało Brukselę, było uruchomienie tak zwanej klauzuli ochronnej, mającej na celu ograniczenie udzielania długoterminowych pozwoleń na pracę obywatelom Unii Europejskiej, wśród nich Hiszpanom. W najbliższych 18 miesiącach aż trzy referenda mają zdecydować o przyjmowaniu cudzoziemców w kraju; określą one na nowo tożsamość państwa, w którym imigranci (23 procent ludności, większość z nich pochodzi z krajów Europy, zwłaszcza z Niemiec) tradycyjnie stanowili siłę napędzającą gospodarkę.

Co się tyczy klauzuli ochronnej, obejmować ona będzie zaledwie 3000 pracowników pochodzących z Unii Europejskiej, którzy i tak będą mogli się ubiegać o pozwolenie krótkoterminowe, dopóki w przyszłym roku klauzula nie wygaśnie. Władze, jak same przyznają, chciały w ten sposób przede wszystkim uspokoić nastroje społeczne i pokazać, że potrafią podejmować decyzje regulujące napływ i odpływ pracowników, nawet wbrew Brukseli.

Kryzys nasila obawy

Finansowe kłopoty państw Unii w dużej mierze przyczyniły się do nasilenia obaw wśród obywateli. Burza, która szaleje w pozostałych częściach Europy, po raz kolejny ominęła Szwajcarię, gdzie gospodarka ma się dobrze – przewidywany wzrost wynosi 1,2 procent – bezrobocia można w ogóle nie brać pod uwagę – wynosi ono około 3 procent – a system demokracji bezpośredniej wciąż gwarantuje godną pozazdroszczenia stabilność polityczną. Szwajcarskie społeczeństwo obawia się jednak najazdu hord lepiej lub gorzej wykwalifikowanych zagranicznych robotników, którzy wejdą mu w paradę.

Obce języki rozbrzmiewają na ulicach dużych szwajcarskich miast. Bardzo często słychać hiszpański, na przykład wykonaniu Juana Crevilléna. Crevillén jest młodym architektem, od dwóch lat pracującym w jednym z biur w Zurychu. Tutaj zarabia netto 3000 euro miesięcznie, przestrzega jednak tych, którzy myślą o emigracji, że życie w Szwajcarii jest znacznie droższe.

Szwajcarscy pracodawcy nie chcą wprowadzenia restrykcji już przy wjeździe. Dla nich im większa konkurencja, tym lepiej. Thomas Daum, dyrektor Szwajcarskiej Unii Pracodawców, uważa, że 2014 r. będzie miał kluczowe znaczenie; w tym roku Szwajcarzy na nowo określą swoją tożsamość w głosowaniu. Twierdzi też, że najgorsze dopiero nadejdzie i że wprowadzenie w życie klauzuli ochronnej stanowiło mniejsze zło.

„Będzie ona obowiązywała tylko przez rok. Pytanie brzmi, jakie decyzje, mające ograniczyć liczbę imigrantów, zapadną w najbliższych miesiącach, w nadchodzących głosowaniach. Nasz rynek pracy nie jest mały, nie wystarczy nam rodzimych pracowników, aby nasza gospodarka działała prawidłowo”, ocenia Daum. Wielkie koncerny farmaceutyczne, sektor bankowy, produkcja maszyn na eksport, czyli podstawowe filary gospodarki, po prostu nie mogłyby funkcjonować bez przybyszów z zagranicy.

Triumf populistycznej prawicy

Poważne argumenty, wytaczane przez tych, którzy domagają się ograniczenia przyjazdu cudzoziemców, łatwo można obalić. Pociągi jeżdżą przepełnione nie dlatego, że jest za dużo ludzi, ale po części dlatego, że poprawiła się jakość usług na kolei. Pracodawcy zaprzeczają, jakoby obecność cudzoziemców prowadziła do społecznego dumpingu, to znaczy do spadku płac, a związki zawodowe uważają, że gdyby do tego doszło, należy rozwiązać ten problem poprzez większą liczbę inspekcji.

Możliwe, że przestępczość jest większa – Szwajcarzy, wychodząc z domu, nie zostawiają już drzwi otwartych, jak to robili wcześniej. Jednak przestrogi dotyczące zagrożeń ze strony cudzoziemców najbardziej trafiają do przekonania mieszkańców terenów wiejskich, gdzie prawie nie dochodzi do kradzieży czy rozbojów, co dowodzi, po raz kolejny, że sposób, w jaki postrzegamy rzeczywistość, ma przewagę nad tym, jaka ona jest naprawdę.

To właśnie z dala od wielkich miast największy wpływ zyskuje skrajna populistyczna prawica, będąca najsilniejszym ugrupowaniem w Parlamencie i prawdopodobnie ponosząca największą odpowiedzialność za to, że od pewnego czasu kwestia imigrantów, obok zniesienia tajemnicy bankowej, zajmuje czołowe miejsce na liście problemów, którymi zajmują się szwajcarscy politycy.

Prawdą jest jednak, że liczba ludności Szwajcarii każdego roku rośnie o kilkadziesiąt tysięcy i to w kraju mającym zaledwie osiem milionów mieszkańców, gdzie infrastruktura nie jest przystosowana do potrzeb tak licznej ludności. „Nastąpił znaczny wzrost demograficzny w gospodarczych płucach kraju, ale nie towarzyszyły mu zmiany, na przykład, w polityce mieszkaniowej, toteż wzrosły ceny mieszkań. Winą za to również obciąża się cudzoziemców”, twierdzi Cesla Amarelle, wykładowca prawa imigracyjnego na Uniwersytecie Neuchâtel i socjalistyczna deputowana. W drodze powrotnej do Zurychu w pociągu są wolne miejsca. Nie są to już godziny szczytu.