Zapowiadane od początku roku negocjacje między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi w sprawie ustanowienia strefy wolnego handlu budzą entuzjazm, ale i wątpliwości. „Umowa przyczyni się do tworzenia miejsc pracy i pobudzi wzrost gospodarczy po obu stronach Atlantyku”, zapowiadał szef Parlamentu Europejskiego Martin Schulz. Popiera go większość ministrów gospodarki z UE, podpisanie porozumienia wydaje się przesądzone. Ale jeśli tak się stanie, pierwszą i największą ofiarą może okazać się kultura.

W 1998 r. Komisja Europejska ujednoliciła zasady, dzięki którym filmy i utwory audiowizualne w UE traktowane są szczególnie, na zasadzie tzw. wyjątku kulturalnego. Oznacza to, że kino i muzyka mogą być wspierane przez poszczególne państwa członkowskie, bo „promocja kultury jest jednym z głównych zadań wspólnoty europejskiej”. Jeśli jednak umowa między UE i USA wejdzie w życie, zarówno filmy, jak i utwory muzyczne staną się zwykłym towarem handlowym. Co to oznacza?

W pierwszej kolejności mogą przestać istnieć narodowe instytuty, które dają dotacje na większość filmów europejskich (w Polsce zajmuje się tym Polski Instytut Sztuki Filmowej). To przecież instytucje państwowe powołane właśnie po to, by politykę protekcji kultury wcielać w życie. Ale nie sam brak instytucji jest problemem, tylko pieniędzy, które instytuty pobierają z rynku (w Polsce m.in. ze sprzedaży biletów i od stacji telewizyjnych). Bez tych pieniędzy nie powstałyby filmy Smarzowskiego, Jakimowskiego, Krauzego czy Holland, ale też Hanekego, braci Dardenne czy Cristiana Mungiu.

Cały artykuł można przeczytać na stronie GW