Unia Europejska otrzymała w zeszłym roku Nagrodę Nobla za wkład w działania „na rzecz pokoju i pojednania, demokracji i praw człowieka w Europie”. Musi więc pokazać, że zasługuje na tę pochwałę i że będzie bronić swobodnego przepływu informacji, niezależnie od tego, czy będzie odczuwała presję ze strony jej rzekomego największego sojusznika, jakim są Stany Zjednoczone.

Teraz, jak już młody Amerykanin, który ujawnił istnienie nadzorującego systemu zwanego Prism, wysłał oficjalny wniosek azylowy do 20 państw, kraje UE powinny go, Edwarda Snowdena, przyjąć z szeroko otwartymi ramionami, podstawa prawna czy jego status są tutaj drugorzędne. Chociaż USA pozostają światowym liderem, jeżeli chodzi o stanie na straży ideału wolności słowa, podejście kraju do ludzi, którzy ujawniają istnienie zakonspirowanych działań państwa, rażąco łamie pierwszą poprawkę do Konstytucji Stanów Zjednoczonych.

Informator czy zdrajca

W 2004 r. specjalny sprawozdawca ONZ ds. wolności słowa oraz osoby na podobnych stanowiskach w Organizacji Państw Amerykańskich i Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie zaapelowali razem do wszystkich rządów, aby te chroniły informatorów od „prawnych, administracyjnych i związanych z pracą sankcji, jeżeli działają w ‘dobrej wierze’”. Mianem informatorów określają „osoby, które przekazują poufne lub tajne informacje mimo obowiązku zachowania poufności lub tajemnicy”.

Zgromadzenie parlamentarne Rady Europy ustaliło w 2010 r., że „definicja chronionego ujawniania informacji powinna zawierać wszystkie akty dobrej woli przeciwko różnego rodzaju działaniom niezgodnych z prawem”. W konkluzji „Rezolucji 1729” zgromadzenia można przeczytać, że ustawodawstwo państw członkowskich „powinno więc dotyczyć informatorów zarówno w sektorze publicznym, jak i w sektorze prywatnym, w tym ludzi należących do armii i do służb specjalnych”.

Niektórzy domagają się ścigania Snowdena, argumentując, że jest zdrajcą, a inni próbują przyćmić kwestie, które podnosi, jakimś prawnym specjalistycznym bełkotem. Ale czy można poważnie zaprzeczyć, jakoby Edward Snowden był informatorem? Informacje ujawnione przez specjalistę od komunikacji cyfrowej umożliwiły międzynarodowej prasie, w tym Washington Postowi, Guardianowi i Spieglowi, rzucenie światła na system inwigilacji, który nadzoruje dziesiątki milionów obywateli, w tym Europejczyków.

Dług wdzięczności

Państwa członkowskie UE, które były celem aparatu grożącego ich suwerenności oraz łamiącego ich zasady etyczne, mają wobec Snowdena dług wdzięczności w związku z informacjami, które ujawnił, co było bezsprzecznie w interesie ogółu. Ten młody człowiek będzie zdany tylko na siebie w strefie tranzytowej na lotnisku w Moskwie jedynie wtedy, gdy państwa europejskie zanegują własne wartości oraz znaczną część racji bytu UE. Wyrażanie gniewu na arenie międzynarodowej będzie pustym gestem, jeżeli osoba, dzięki której świat się dowiedział o praktykach NSA, zostanie pozostawiona na pastwę losu.

Poza koniecznością zapewnienia prawnej ochrony informatorom mamy też ochronę prywatności, która jest ewidentnie w interesie publicznym, a w szczególności w zakresie wolności informacji. Frank La Rue, specjalny sprawozdawca ONZ ds. wolności słowa, zauważył w czerwcowym raporcie, że „arbitralne uchybienie w przestrzeganiu prawa do prywatności […] zagraża ochronie prawa do wolności słowa”. Bez poufności pisemnej i ustnej wymiany wiadomości nie ma swobodnego przepływu informacji.

Ale skoro źródła dziennikarzy są zagrożone, co pokazał przypadek Associated Press; skoro Stany Zjednoczone nadużywają uchwalonej w 1917 r. ustawy o szpiegostwie (Espionage Act), na którą powoływano się dziewięć razy, aby przedstawić zarzuty informatorom, w tym sześć razy za prezydentury Obamy; skoro rząd próbuje zamknąć usta WikiLeaks, narzucając finansowe embargo na organizację i przeszukując wspólników i przyjaciół Juliana Assange’a, gdy wjeżdżają na terytorium USA, a samemu założycielowi strony internetowej i jego współpracownikom grozi postępowanie prokuratorskie, to nie tylko demokracja Stanów Zjednoczonych jest zagrożona.

Biały Dom traci wiarygodność

W rzeczywistości to sam model demokracji, na straży której powinni stać spadkobiercy Thomasa Jeffersona i Benjamina Franklina, został pozbawiony swojego sedna. Jakim prawem Stany Zjednoczone mogą odstępować od przestrzegania zasad, które same chcą narzucić reszcie świata? W styczniu 2010 r. sekretarz stanu [szefowa amerykańskiej dyplomacji] Hillary Clinton wygłosiła historyczne przemówienie, w którym wolność słowo nazywa kamieniem węgielnym amerykańskiej dyplomacji. Powtórzyła to stanowisko w lutym 2011 r. w innym oświadczeniu, podkreślając, że „jeżeli chodzi o wolność w Internecie, jesteśmy po stronie otwartości”.

Piękne słowa. Może przyniosły otuchę opozycjonistom w Teheranie, Pekinie, Hawanie, Asmarze, Aszchabadzie, Moskwie i w wielu innych stolicach państw opresyjnych. Ale jakże duże musiało być ich rozczarowanie, kiedy się dowiedzieli, że drapacze chmur amerykańskiej inwigilacji sięgnęły rozmiarów porównywalnych do chińskiego Wielkiego Muru technologicznego. Przekaz Białego Domu i Departamentu Stanu dotyczący demokracji i obrony praw człowieka wiele stracił na wiarygodności. Znakiem powszechnego zaniepokojenia jest chociażby to, że sprzedaż należącej do klasyki powieści George’a Orwella – „Rok 1984” – w Amazonie wzrosła o 6000%.

Teraz, kiedy Wielki Brat patrzy na nas z przedmieścia Waszyngtonu, kluczowe instytucje amerykańskiej demokracji muszą odegrać swoją rolę przeciwwagi wobec władzy wykonawczej i jej nadużyć. System trójpodziału władzy nie jest tylko sloganem dla zagorzałych czytelników Tocqueville’a i Monteskiusza.Amerykańscy politycy powinni zdać sobie sprawę z rażącej sprzeczności między tak często wygłaszanymi odami do wolności a prowadzonymi działaniami, które pogarszają wizerunek kraju.

Kongresmeni muszą powstrzymać falę nadużyć, na które pozwalają zapisy dotyczące bezpieczeństwa w Patriot Act [ustawie antyterrorystycznej], przyznając, że mężczyźni i kobiety mają uzasadnione prawo do bicia na alarm. Należy wprowadzić poprawki do ustawy o ochronie informatorów (Whistleblower Protection Act), aby ci, którzy przekazują informację w interesie ogółu mieli zapewnioną skuteczną ochronę – mimo że ten interes nie pokrywa się z obecnym interesem narodowym, takim jak go interpretują służby wywiadowcze.

Ten artykuł został najpierw opublikowany w Le Monde i ukazał się ponownie w Guardianie za uprzejmym pozwoleniem Reporterów Bez Granic.