Z tego, co słyszymy, z tego, co czytamy w prasie, można by sądzić, że sprawy znowu mają się dobrze. Ale tak naprawdę mają się źle. Doskonale to ujął włoski rysownik Altan, przedstawiając na swoim obrazku dwie świnie w krawatach komentujące obecną sytuację, z których jedna mówi: „Ten kryzys trochę potrwa”, na co druga odpowiada: „Wreszcie się sytuacja trochę ustabilizuje”.

Borykamy się z trudnościami od tak dawna, że nie przeżywamy już kryzysu, jesteśmy w takiej, a nie innej „sytuacji”. I znowu jest źle, ponieważ kryzys polityczny tego dziwnego lipca nakłada się na doraźne kłopoty, z którymi mierzymy się na co dzień. Trochę się człowiek załamuje, czytając wewnętrzne i zewnętrzne analizy partyjne skupiające się na tym, kto w ostatnich tygodniach wygrał, a kto przegrał, jakby nie chodziło o coś tak ważnego, jak zagrożenia dla drugiego planu ratunkowego.

Kompromis skazany na porażkę

Komedia przyciąga szerszą widownię niż tragedia. Mówiąc to, nie mam na celu moralizowania, po prostu wyrażam zdziwienie. Okazuje się, że świat jest bardziej zaciekawiony tym, jak będzie miało na imię dziecko Middleton, niż ma ochotę zrozumieć upadłość miasta, w którym połowa oświetlenia nie działa, dwie trzecie karetek pogotowia nie kursuje, gdzie ponad 80 000 budynków stoi opuszczonych, 40 000 może się w każdej chwili zawalić i gdzie emeryci mogą stracić swoje świadczenia. Miasto nie leży na końcu świata, to Detroit, które miało swoje lata świetności i leży w Stanach Zjednoczonych, państwie, które ma jak dotąd budżet i politykę federalną.

„Kompromis dla ratowania narodu” był skazany na porażkę, bardziej z powodu szkodliwej postawy partii niż ich przywódców. Niesamowite jest ich zachowanie. Partie trapi pewien rodzaj anachronizmu intelektualnego, mówią o kraju, który wydaje się być ich krajem, a nie naszym, wspominają o długu, jakby go nie było, i o pieniądzach, jakbyśmy je mieli.

Brak kompetencji prawicy zakrawa na absurd, ciągłe kontry lewicy świadczą o jej arogancji, w tym jeśli chodzi o jej stosunek do wierzycieli, z którymi raczej trzeba negocjować, niż ich smagać. Według sondaży Portugalczycy nie chcą wyborów, chcą mieć rząd. Rozdźwięk między partiami a społeczeństwem wydaje się pogłębiać. To złe wiadomości dla demokracji.W ostatnich dniach powstało lub krążyło wiele legend.

Będziemy potrzebować pomocy

„’Trójka’ przyzna nam więcej czasu, reszta to czcza gadanina”. To z pewnością prawda, ale nie do tego stopnia, jak byśmy chcieli. Uelastycznienie deficytu na 2014 r. i ustalenie go na poziomie 4,5%‒5% nie chroni nas przed oszczędnościami i zwiększa dług publiczny osiągający skandaliczny wskaźnik 127% PKB. Czy koalicja, która rozpadła się z powodu oszczędności, zatwierdzi więcej cięć? „Sytuacja polityczna zmieniła się”. To nieprawda.

Polityczne przywództwo zostało podważone, największym przegranym jest sekretarz generalny PS, José Seguro, prezydent Cavaco Silva słusznie mówi, że czas przyzna mu rację, premier Passos Coelho chyba się z tym zgadza. Paulo Portas (koalicyjny partner) musiał w końcu zapomnieć o dumie, ale uzyskał więcej władzy.

„Drugi plan ratunkowy jest nieuchronny, jakkolwiek byśmy go nazwali”.

Tysiąc razy już tu o tym pisano – Portugalia będzie potrzebować po 2015 r. pomocy, bo jest mało prawdopodobne, że rynki będą nam przyznawać kredyty o dostatecznie dla nas niskiej stopie procentowej. Dług publiczny w wysokości 127% nie jest opłacalny w gospodarce, która w siebie nie wierzy. Ale program zapobiegawczy to nie to samo, co drugi plan ratunkowy, który jest dla nas największym zagrożeniem.

Rusz się, a przegrasz

„Rynki już się uspokoiły”. Czas pokaże. O ostatecznych skutkach kryzysu politycznego przekonamy się dopiero wtedy, kiedy Portugalia przystąpi do kolejnej emisji długu. Ponieważ dopiero wtedy inwestorzy, którzy mają „naprawdę pieniądze”, będą podejmować decyzje na rynku pierwotnym. „Nadchodzi czas wzrostu”. Oby Bóg was wysłuchał! To właśnie obiecuje „nowy” rząd, kierowany przez CDS. Duet Portas-Pires de Lima będzie się musiał nauczyć poruszać w mętnej wodzie.

„Sytuacja jest bez wyjścia”. To też nieprawda. Rozwiązania zawsze były kombinacją pewnych decyzji tak w Portugalii, jak w Europie. Brak jest Europy, która mimo wszystko posuwa się do przodu.

Kraj jest podzielony na zwolenników oszczędności i wzrostu, nawet w kręgach ekonomistów. Oszczędności są czymś pewnym i wymiernym, wzrost nie. Tymczasem będziemy mieli kolejne cięcia w budżecie, nie wolno nam podważać ocen wydawanych przez „trójkę” (siódma wisiała na włosku), potrzebujemy czasu – i partie nie mogą izolować się na urojonej planecie, gdzie nie ma ludzi, tylko obrazy.

W szachach słowo „zugzwang” oznacza sytuację, w której wykonanie ruchu powoduje natychmiastowe pogorszenie pozycji strony mającej właśnie ruch – ten, kto gra, przegrywa lub znajduje się w sytuacji gorszej niż przeciwnik. „Zugzwang” to słowo niemieckie. Partie są portugalskie, wolą grać. Wolą wszystko przegrać. Nawet jeśli przegrana jest ich wewnętrzną sprawą, w którą nie jesteśmy włączeni. Więcej, z której jesteśmy wręcz wykluczeni.