Obelgi, banany, znowu obelgi, wyrażane słowem lub gestem. Za sprawą takich zachowań zdobywamy na świecie ponurą sławę. Aż taką, że dwa dni temu CNN rozpoczął swoje wiadomości od materiału zatytułowanego „Włochy krajem bananów?”. Nie ma chyba potrzeby stwierdzać, że nowe powtarzające się „wyskoki” – jak określają te zachowania ci, którzy lubią lekceważyć ich znaczenie – szkodzą naszemu międzynarodowemu wizerunkowi, który i tak nie jest już świetlany.

Nie chodzi o to, by kierować się zawsze w życiu tym, co pożyteczne, ale wśród amerykańskich turystów – zresztą nie tylko amerykańskich – nie wszyscy są biali i oni właśnie gotowi są pomyśleć, że Włochy są krajem, którego lepiej unikać. Czy rzeczywiście staliśmy się rasistami?

Po przejrzeniu blogów i sieci społecznościowych, chciałoby się powiedzieć, że tak, niewątpliwie, zjadliwe wpisy na temat imigrantów są tam chlebem codziennym. Przypomnijmy jednak, że anonimowość – jak powszechnie wiadomo – skłania ludzi do wyrażenia tego, co w nich najgorsze, i że takiego agresywnego języka używają najczęściej osoby sfrustrowane, niezadowolone, rozgniewane. Inni, którzy mimo wszystko stanowią nadal większość, na ogół milczą.

Potrafimy okazać serce

Nie, nie jesteśmy rasistami. Świadczy o tym sposób, w jaki społeczeństwo przyjmuje najczęściej nieszczęśników, którzy przypływają na nasze wybrzeże. Stało się to już prawie regułą, ludzie przybiegają z kocami, ubraniami, jedzeniem, by jakoś pomóc tym „boat people”. Czasem oferują im gościnę u siebie w domu. Nie, nie jesteśmy rasistami, nawet w niektórych dużych miastach prowincji Wenecja, które w czasach „burmistrzów-szeryfów” przypominały prawdziwe bastiony nietolerancji.

Tymczasem okazuje się, że to właśnie w tej prowincji imigranci czują się najlepiej zintegrowani, bardziej niż gdziekolwiek indziej we Włoszech. Nie, nie jesteśmy rasistami, świadczą o tym chociażby wieloetniczne szkoły, które stały się wszędzie niemal powszechnie obowiązującą regułą, czy niezwykła praca, którą wykonują na co dzień, w całych Włoszech, dyrektorzy szkół, nauczyciele, a czasem nawet i rodzice.

To prawda, że irytacja, niechęć czy złość okazywane cudzoziemcom nie są uczuciami i zachowaniami, które są Włochom obce. Na pewno nie. Ale wynikają one przede wszystkim z braku kontroli, rozluźnionych zasad moralnych czy niepewności co do kary, która spotka winnego jakiegoś czynu.

Kiedy Afrykanin przewraca i zabija na przejściu dla pieszych dziewczynę, po czym ucieka, i zostaje za to skazany tylko na areszt domowy, kiedy albańskiego włamywacza wypuszczają na wolność – a przecież możemy go spotkać za kilka dni na ulicy – kiedy mieszkańcy obozu Romów mogą sobie spokojnie zamieniać dzielnicowy park w coś, co przypomina wysypisko śmieci, kiedy rumuńscy, słowiańscy, albańscy sutenerzy wystawiają całkiem bezkarnie dziewczyny na ulicę, to w takich właśnie sytuacjach kiełkuje i zakorzenia się rasizm.

Brak kontroli, demoralizacja i fatalne prawo

A cudzoziemcy stają się kozłami ofiarnymi – nie mając pracy i – jak powszechnie wiadomo – mając dwie lewe ręce, popadają z łatwością w konflikt z prawem. Istnieje zatem niebezpieczeństwo, że brak tolerancji przybierze na sile, jej pożywką jest rozluźnienie zasad moralnych, niedostatek sił porządkowych, ale i – często – fatalne prawo.

Jednak obelgi też mogą się do tego przyczynić, zwłaszcza wtedy, kiedy padają z ust znanych osób publicznych, które czynią to świadomie, by z jednej strony zdobyć łatwy poklask, z drugiej wzbudzić oburzenie, bo taka mieszanka daje gwarancję artykułów w prasie i sławy ludziom, których nazwiska nie trafiały już od jakiegoś czasu na czołówki.

Rasistowskie obelgi to trucizna rozsiewana w sposób niebezpiecznie lekkomyślny, zarażająca w szybkim tempie ludzi społecznie i kulturowo najsłabszych, no bo jeśli ten tam, na górze – pomyślą – może mówić o „orangutanie”, dlaczego my nie mielibyśmy dać upustu złości, mówiąc „ty małpo, ty gorylu, wracaj do siebie do dżungli i łap te banany”? I właśnie tak się stało.