Podczas irlandzkiego boomu trzeba było pracować naprawdę ciężko, żeby niczego nie zarobić. Ja dałem radę. Sekretem było pisanie bardzo niepopularnych książek. Moja ukochana też jakoś to urządziła – została artystką. Podczas gdy nasi przyjaciele robili pieniądze, my robiliśmy sztukę. I w porządku. W końcu świętym obowiązkiem irlandzkiego pisarza jest iść pod prąd, zajmować się czymś zupełnie innym niż reszta kraju.

Ale po 2000 r. to, co dotychczas było boomem, stało się napompowaną bańką, która przesłoniła ludziom rzeczywistość. Dodatek o nieruchomościach w Irish Times był grubszy niż cała reszta gazety. Moi przyjaciele kupowali coraz to droższe domy.

Zadłużenie rosło, a media zachwycały się prosperity. David McWilliams, jako jedyny z tutejszych dziennikarzy, wiedział, co się święci. Ekonomista Morgan Kelly napisał poruszający artykuł, w którym brał na warsztat każdą bańkę na rynku nieruchomości z przeszłości. Irlandia idealnie pasowała do każdego z tych przypadków.

Rozesłałem artykuł do moich przyjaciół. Wciąż żyłem jeszcze wtedy w Galway, na zachodzie kraju. Oni już dawno przenieśli się do Dublina, serca Celtyckiego Tygrysa. Nie chcieli słuchać. To nie mogła być prawda. W końcu to oni z dnia na dzień stawali się coraz bogatsi, a ja biedniałem.

Wszyscy wokoło kupili iluzję, więc jeśli tylko wspomniałeś o bańce, ściągałeś na swoją głowę gromy. Bertie Ahern, ówczesny premier, zaatakował nawet w telewizyjnym przemówieniu takich ludzi jak Kelly czy Mcwillliams. „Siedzą z boku i narzekają (…) Nie mam pojęcia, dlaczego nie popełnią po prostu samobójstwa.”, mówił. Tłum śmiał się i bił brawo.

Tymczasem nasi przyjaciele przenieśli się do większych domów – takich, które mogły pomieścić ich dzieci. Ale poprzednie mieszkania zatrzymali. Byłem zaszokowany. Sądziłem, że dwa najważniejsze przykazania inwestora to: dywersyfikuj swój portfel i nie pożyczaj, by spekulować. Co z tego, skoro tutejsze banki od dawna już zachęcały Irlandczyków do zwiększenia stawki i wzięcia podwójnej hipoteki.

Szampan jak piwo

W tamtych czasach prawie każda rozmowa schodziła na nieruchomości. W weekendy ludzie wyjeżdżali do Bułgarii, by i tam kupić sobie mieszkanie. Tutejsze biura nieruchomości zachęcały do sprawienia sobie domu w Portugalii. Ze mną o tym wszystkim raczej się nie dyskutowało. Kiedy to ja zabierałem się do tego tematu albo wspominałem o bańce, moi przyjaciele tylko się denerwowali. Zresztą i tak już nie widywaliśmy się zbyt często.

Zacząłem czuć się jak pasażer najniższego pokładu „Titanica”, taki, który wie, że w statek wbiła się góra lodowa, więc wbiega do sali balowej, żeby ostrzec całą resztę. Tymczasem nikt nie przerywa tańca, a mnie łagodnie, ale stanowczo wyprowadza się na zewnątrz. Bo przecież wtedy na Zielonej Wyspie ktoś, kto nie miał nieruchomości i na niej nie zarabiał, był jak podróżny z najniższego pokładu. Czynsze, ceny, stawki za kokainę… wszystko to radośnie sobie rosło.

Pewnego dnia wybraliśmy się z moją ukochaną na spotkanie z przyjaciółmi do hotelu należącego do Bono. Wtedy stało się coś, co otworzyło nam oczy. Jak gdyby nigdy nic, nasi przyjaciele dawali 90 euro za średniej jakości szampana. Traktowali to tak, jakby zamawiali zwykły kufel piwa.

Ktoś powiedział: „na koniec po prostu dołożycie się do rachunku”. My tylko spojrzeliśmy na siebie. Mieliśmy razem 10 funtów i planowaliśmy ograniczyć się do wody mineralnej. Zalegaliśmy przecież z czynszem. Szybko znaleźliśmy jakąś wymówkę, położyliśmy na stole banknot i wyszliśmy. Zrozumieliśmy, że Irlandia stała się krajem panisków na włościach. A my byliśmy tylko biednymi lokatorami.

Skończyłem moją dziwaczną powieść o współczesnej Irlandii. Czarnymi charakterami byli były premier i pewien developer. Rzecz jasna nikt nie był zainteresowany opublikowaniem czegoś takiego. Przecież to nawet nie miało sensu! Przez dekadę ceny irlandzkich domów wzrosły trzykrotnie. Byliśmy bogaci. Historia się skończyła, my wygraliśmy, więc się zamknij.

Da się żyć miłością i powietrzem

W chwilę po tym, jak moja książka została odrzucona, zabrakło nam pieniędzy. Urodziła nam się córeczka, a my trafiliśmy na bruk pierwszego stycznia 2006 r. Właścicielka była naprawdę sympatyczna, ale wzięła na dom hipotekę, by kupić więcej nieruchomości.

Nie mogła pozwolić sobie na to, by obniżyć czynsz, który zresztą i tak był już dość niski. Ale to przecież było bez znaczenia. Ceny domów miały rosnąć w nieskończoność.

Wciąż jednak mieliśmy przyjaciół, nawet jeśli ostatnio prawie się nie widywaliśmy. Para bankierów zaproponowała nam dom w Dublinie. Mieliśmy płacić tylko połowę czynszu. Ale boom szalał dalej i w jakiś czas później odkryliśmy, że nie możemy sobie pozwolić nawet na to.

Przyjaciółka przyjaciółki z Los Angeles zaoferowała nam swój dom w małej wiosce we Francji. Zupełnie za darmo. Wyemigrowaliśmy więc z Ryanairem. Za bilety każde z nas dało 50 centów. Mieliśmy ze sobą dwa plecaki, najcenniejsze rzeczy, naczynia i laptop. Radziliśmy sobie, gdy Irlandia zmagała się z ubóstwem i bezrobociem. Ale gdy nadszedł boom, musieliśmy się poddać.

Domek był maleńki i śliczny, oddalony od najbliższego sklepu o cztery kilometry. Pchaliśmy wózek w tę i z powrotem przez pola lawendy i kukurydzy. Irlandzki boom był w szczytowym punkcie. My wręcz przeciwnie – byliśmy kompletnie spłukani. Siedzieliśmy pod drzewem, robiliśmy pikniki i śpiewaliśmy.

A potem? Potem wydawca kupił książkę. Znaleźliśmy sobie dom w Berlinie, podobnie jak cała reszta biednych artystów. Zaglądając w nasze papiery, tutejszy urzędnik zorientował się, że nasz irlandzki dochód był znacznie poniżej minimum socjalnego. Zagwizdał tylko i powiedział: Sie leben auf Liebe und Luft. Żyjecie miłością i powietrzem.

Jak wyszedłem na prostą

Rok później udało mi się wygrać coroczny konkurs BBC na najlepsze opowiadanie. Fianna Fail, irlandzka partia rządząca, spotykała się w nim z Czarodziejem z Oz. Ludzie sądzili, że to komedia. Dostałem zaproszenie do największego irlandzkiego talk-show.

Na lotnisko przyjechała po nas wielka limuzyna i zabrała do pięciogwiazdkowego hotelu zbudowanego przez wyborców Fianna Fail dzięki ulgom podatkowym. Wieczorem gospodarz programu zapytał mnie, dlaczego właściwie wyjechałem z najbogatszego kraju Europy.

Opowiedziałem mu całą naszą historię i zakończyłem mówiąc, że boom nieruchomościowy jest iluzją. Dodałem, że to wszystko było tak, jakby cały kraj zaczął wyznawać jakąś dziwaczną religię. Ludzie pokazywali na swój dom i mówili: „Widzisz? Jest wart pięć milionów euro”. Ale, tłumaczyłem, to przecież nieprawda.

Studio zrobiło się zimne i milczące. Uświadomiłem sobie, że wszyscy zebrani tutaj kupili dom i mają zamiar kupić następne. Wzięli hipotekę, by ufundować dzieciom mieszkanie, które już wkrótce nie będzie nic warte. Nie zdawali sobie sprawy, że ciąży na nich klątwa. W tej jednej chwili patrzyła na mnie jedna czwarta irlandzkiej populacji. Chyba jeszcze nigdy nie czułem się tak samotny.

Kilka razy do roku wracam do mojego kraju. Spotykam się z przyjaciółmi, za każdym razem w coraz to tańszych knajpach. Wciąż nie mam pieniędzy, ale mogę już dołożyć się do rachunku. Ale o nieruchomościach wciąż nie rozmawiamy.