„Z najnowszego raportu wynika, że znaczne obniżenie emisji w 2008 i 2009 r. umożliwia 15 państwom tzw. starej Unii osiągnięcie, a nawet przekroczenie celów wyznaczonych w protokole z Kioto i ograniczenie emisji o 8%. (…) Raport stwierdza również, iż Unia jako całość jest na dobrej drodze do spełnienia celu redukcji emisji o 20% do 2020 r. ”, głosi komunikat wydany 2 października 2010 r. Przez Europejską Agencję Środowiska. Według tego dokumentu produkcja CO2 w zeszłym roku była o 6,9% niższa niż w 2008 r. i był to największy i najszybszy spadek od czasu, kiedy monitoruje się emisje.

Nikt nie zaprzecza, że główną tego przyczyną była recesja. To, co natomiast zdumiewa, to zadowolony ton, jakiego można się doczytać również w innym komunikacie, tym wydanym przez Komisję Europejską 26 maja: „Fakt, że cel 20% jest o wiele bliższy, niż zakładano w 2008 r., stanowi pozytywny bodziec i przyspiesza starania, by osiągnąć trzydziestoprocentową redukcję”.

Francja i Niemcy dystansują się od Komisji

Za tymi oględnymi sformułowaniami kryje się o wiele od nich radykalniejsze myślenie. Pierwsze robocze wersje dokumentu odnosiły się do wpływu kryzysu na emisje w sposób wręcz entuzjastyczny, co wzbudziło silne opory nawet w środowiskach tradycyjnie przychylnych europejskiemu ręcznemu, centralnemu sterowaniu tam, gdzie chodzi o środowisko.

W oświadczeniu konfederacji przemysłowców niemieckich czytamy: „Nie powinno się wychwalać mniejszego wzrostu gospodarczego jako narzędzia do ochrony klimatu”. Organizacje pracodawców z innych krajów zajęły stanowisko podobne albo jeszcze ostrzejsze.

Po publikacji końcowej wersji komunikatu dało się słyszeć wiele słów krytyki, między innymi ze strony konfederacji Business Europe i izby branżowej przemysłu elektrycznego Eurelectric. Po raz pierwszy zdystansowali się ci, którzy we wspólnotowych instytucjach decyzyjnych mają największy udział – Francja i Niemcy. Ministrowie przemysłu obu krajów wydali wspólną deklarację. Podobno najaktywniej w protesty zaangażował się odpowiedzialny we władzach unijnych za energetykę komisarz z Niemiec Gunther Oettinger.

Piętrzą się problemy z zebraniem odpowiedniego kapitału

Kwestiami klimatycznymi w Komisji zajmuje sie Dunka Connie Hedegaard, dla której w 2009 r. stworzono ad hoc nową dyrekcję generalną. Hedegaard uchodzi za „ekstremistkę”, wielu pamięta ją w roli matki chrzestnej szczytu w Kopenhadze. Został on zorganizowany po troszę jako miejsce ekologicznej beatyfikacji Baracka Obamy, lecz zakończył się fiaskiem, bowiem główni gracze – USA, Chiny, Indie – nie chcieli przyjąć wiążących zobowiązań wychodzących poza protokoły z Kioto.

Recesja podcięła gałąź, na której siedziała branża ekologiczna w Europie. Po pierwsze padł popyt – mniej potrzebne stały się nowe moce produkcyjne. Szacuje się, że w latach 2005–2010 zapotrzebowanie na energię spadło o 3,4% i do roku 2020 na pewno nie powróci do poziomu sprzed kryzysu. Według danych Komisji Europejskiej wzrost całkowitej konsumpcji energii w okresie 2005–2030 wyniesie zaledwie 4%, a więc konsumpcja ta osiągnie poziom o 16% niższy od tego prognozwanego trzy lata temu.

Po drugie, trudniejszy dostęp do kredytu – którego doświadczają wszyscy – to szczególna komplikacja dla branż o wysokim wskaźniku inwestycji kapitałowych, mających znaczne koszty stałe i niewielkie te zmienne, a to właśnie charakteryzuje produkcję energii ze źródeł odnawialnych. Piętrzą się więc problemy z zebraniem odpowiedniego kapitału na budowę nowych instalacji, o badaniach i rozwoju nawet nie ma co mówić.

Agresywna polityka rynkowa Chin

I wreszcie, po trzecie, prawie wszędzie ograniczono programy motywacyjne. We Włoszech rząd ograniczył o ok. 20% ulgi na energię słoneczną, w Hiszpanii mówi się już otwarcie o bańce słonecznej po tym, jak obcięto subwencje o nawet 45%, a wielu dużych producentów ogniw zwinęło działalność. Nawet Niemcy obniżyli swoją poprzeczkę – o 3% od razu, o kolejne 13% od stycznia, aż w 2012 r.redukcja osiągnie 21%. Wielka Brytania zapowiedziała zmniejszenie pomocy o 10%, począwszy od 2013 r.

Za tą zmianą kursu skrywają się głębsze problemy, niezwiązane z koniunkturą. Nie jest tajemnicą, że kilka krajów (zwłaszcza Niemcy, Hiszpania, Dania) patrzą na politykę ochrony środowiska z perspektywy potrzeb przemysłu. Dobrze jest być Zielonym, ale Zielonym i bogatym jeszcze lepiej. Tymczasem można już ogłosić ten eksperyment za nieudany. Dowody świadczą o tym, że w najlepszym wypadku doszło do transferu bogactwa, a nie stworzenia nowego. A być może też jego część się zmarnowała.

O ile dawniej Europa była liderem technologicznym w zielonych sektorach, o tyle dziś już nim nie jest. Producenci z Chin prowadzą agresywną politykę sprzedaży, która z jednej strony zmniejszyła koszt generowania energii odnawialnej, ale z drugiej spowodowała przetransferowanie zielonego dochodu poza granice Europy. Podczas kiedy w Unii zamyka się fabryki paneli, w Chinach produkcja wzrośnie w tym roku o połowę – przede wszystkim dzięki naszym subsydiom.

Co pozostaje poza smętnymi resztkami złudzeń?

Po części Europa daje się dalej unosić ideologicznej inercji – w Cancun będzie waliła pięścią w stół i chwaliła się przed światem swoimi zasługami. Ale pod powierzchnią już można wyczuć realistyczny nurt, który dąży do przewartościowania celów i strategii. Punktem wyjścia jest świadomość, że nie wszystkie źródła energii są jednakowe i nie wszystkie zasługują na objęcie subsydiami bez względu na koszty.

Producenci zielonej energii muszą reagować na sygnały rynku i wychodzić naprzeciw coraz bardziej zróżnicowanemu popytowi. Warto na przykład przemyśleć na nowo subsydia do biopaliw i premiować tylko te technologie, które są w stanie uzyskać je po konkurencyjnej cenie przy wykorzystaniu drugorzędnych, niezagospodarowanych areałów. Zapewne ekspansja elektrowni wiatrowych będzie musiała się ograniczyć do tych obszarów, gdzie naprawdę wieje. Trzeba porzucić mrzonkę o sztucznym podtrzymywaniu ekonomicznym wiatraków pracujących tylko przez tysiąc godzin rocznie.

Jeśli rozziew między tradycyjnymi a tak zwanymi czystymi źródłami energii się zmniejsza, to realizowanie celów pozaekonomicznych staje się bardziej akceptowalne społecznie. Ale trzeba odejść od paradygmatu centralnego, ręcznego sterowania, który dotąd charakteryzuje europejski sposób działania (planowanie cen i ilości wyprodukowanej energii) i przyjąć logikę konkurencji – chodzi o to, żeby nagradzać źródła niepowodujące emisji dwutlenku węgla (np. penalizując inne specjalnym podatkiem), ale sam fakt braku emisji nie może dawać gwarancji przetrwania. Wydaje się to paradoksalne, ale koniec łatwych pieniędzy może przemienić zieloną gąsienicę w odnawialnego motyla.