Wielbłąd to, jak głosi powiedzenie, koń zaprojektowany przez komisję. Równie szpetne stwory powstają w rezultacie podejmowanych przez kraje europejskie prób nadawania nowego kształtu uświęconym konstytucją systemów rządów. Irlandia i Włochy to dwa przykłady świetnie ilustrujące tę tezę. Intencją wprowadzanych tam zmian jest podniesie jakości życia politycznego. Lecz ich rezultaty będą skromniejsze, niż są to gotowi przyznać sami ich zwolennicy. Z kolei w zgoła odmiennym przypadku Węgier reformy są w mniejszym stopniu motywowane dobrem publicznym i przyniosą więcej złego niż dobrego.

Politycy w Dublinie i Rzymie dostrzegają związek pomiędzy reformami konstytucyjnymi a walką o przezwyciężenie kryzysu gnębiącego te kraje strefy euro. Rząd irlandzki proponuje zniesienie senatu, wyższej izby ustawodawczej. Pod koniec roku należy się spodziewać referendum w tej sprawie. Biorąc pod uwagę pogardę, jaką żywią irlandzcy wyborcy wobec polityków dzierżących władzę podczas jednego z najbardziej spektakularnych krachów finansowych w historii, nie będzie zaskoczeniem, jeśli zdecydują się uśmiercić senat i przez tydzień tańczyć na jego grobie.

Lewicowo-prawicowa koalicja we Włoszech pragnie napisać od nowa ordynację wyborczą i pozbyć się całego szczebla gnuśnej władzy lokalnej – prowincji (jest ich osiemdziesiąt sześć), szczebla administracji pomiędzy regionami (dwadzieścia) a gminami (osiem tysięcy). Rząd chce również odchudzić parlament i zlikwidować system – zapoczątkowany w 1948 r. i niemający odpowiedników w Europie – w którym obydwie izby parlamentu mają takie same kompetencje ustawodawcze. Termin przyjęcia tych zmian upływa pod koniec 2014 r., jednak gdyby obecna koalicja miała się rozpaść, reformy mogłyby spalić na panewce.

W imię demokracji

Enda Kenny i Enrico Letta, premierzy Irlandii i Włoch, bronią swoich propozycji argumentując, że modernizacja instytucji politycznych wzmocni demokrację, przyniesie lepsze ustawodawstwo i, co za tym idzie – bezpośrednio i pośrednio – przyczyni się do osiągnięcia dobrobytu i stabilizacji gospodarczej. Wedle ich mniemań zmęczone zaciskaniem pasa społeczeństwa słusznie oczekują, aby politycy ograniczyli wydatki na siebie i swoje instytucje.

Idąc w tym duchu, rząd Kenny ocenia, że pozbycie się senatu przyniesie irlandzkim podatnikom oszczędności rzędu 20 milionów euro rocznie. Oszczędności płynące z likwidacji prowincji i ograniczenia liczby parlamentarzystów we Włoszech miałby być nawet większe. Letta zasługuje na uznanie za zwrócenie uwagi na fakt, iż od lat 60 XX w. koszty polityki we Włoszech stały się oburzająco wysokie, a to za sprawą nieuleczalnej skłonności klas politycznych do nabijania sobie kabzy ze środków publicznych. Ale czy poszukiwania źródeł mizernych wyników gospodarczych tego kraju, od czasu wejścia do strefy euro w 1999 r., należy zacząć od prowincji? Gdy idzie o politykę gospodarczą, prowincje nie są liczącymi się graczami.

Podobnie trudno obciążać irlandzki senat odpowiedzialnością za finansowe klęski doby euro. Wina leży po stronie polityków, którzy działali ręka w rękę z branżą budowlaną i deweloperami. Być może senat mógł w 2008 r. bardziej zdecydowanie zakwestionować decyzję ówczesnego rządu o udzieleniu ogólnych gwarancji upadającym bankom irlandzkim. Ale w istocie senat ma niewiele do powiedzenia w sprawach polityki finansowej. W odnowionym porządku konstytucyjnym Irlandii nic nie powstrzyma rządu, jednoizbowego parlamentu czy też rzeszy nieudolnych bankierów przed popełnieniem nowych błędów – choć, miejmy nadzieję, już nie na taką skalę jak w 2008 r.

Najbardziej korzystna dla Włoch byłby reforma systemu partii politycznych, która uniemożliwiłaby delegowanie do parlamentu w każdych kolejnych wyborach setek prawników i przedstawicieli innych zawodowych grup interesu. Ustawodawcy ci, choć oderwani od głosujących na nich wyborców, potrafią z niezwykłą wprawą odzierać z ducha prawdziwych zmian ustawy mające na celu wprowadzanie reform gospodarczych i konkurencyjności.

Fuszerka w Budapeszcie?

Rewizja ordynacji wyborczej i zmiana kompetencji dwóch izb parlamentu może zaowocować nieco większą stabilnością rządów. Lecz tego typu zmiany nie mają szans na osłabienie pozycji uprzywilejowanych przeciwników reform, którzy opierają się gospodarczej odnowie Włoch. Bez powiewu ożywczych wiatrów w kulturze politycznej kraju, proponowane reformy konstytucyjne – jeśli w ogóle zostaną uchwalone – mogą po prostu skoncentrować antyreformatorski blok w świeżo wzmocnionej niższej izbie parlamentu.

Najbardziej wymowny przykład źle pomyślanej reformy konstytucyjnej można jednak znaleźć w Budapeszcie. Węgry zrzuciły jarzmo komunizmu w latach 1989–1990, ale w przeciwieństwie do swoich sąsiadów, nie potrafiły przez 20 lat zastąpić komunistycznej Konstytucji. Po wstąpieniu do UE w 2004 r., kraj popadł w tarapaty finansowe i potrzebował pomocy, którą kierował MFW. Radykalne zmiany konstytucyjne od 2011 r. nie były inspirowane pragnieniem naprawy węgierskiej demokracji ani też jakości ustawodawstwa w kwestiach gospodarczych.

Odzwierciedlały natomiast dążenia rządzącej partii Fidesz do wzmocnienia jej supremacji politycznej. Jedną z dróg do tego celu jest uchwalona już reforma ordynacji wyborczej, która zmniejszy do 199 z 386 liczbę miejsc w przyszłym parlamencie wybieranym w 2014 r. Zmiana ta bez wątpienia utrudni partiom mniejszym od Fideszu uczestnictwo w procesie legislacyjnym.

W Irlandii i Włoszech proponowane zmiany są prawdopodobne godne podjęcia – lecz nie zapewnią cudownej kuracji politycznym kulturom od dawna przesiąkniętych partykularyzmem i finansowymi przekrętami. Na Węgrzech Fidesz myli reformę konstytucyjną z interesem partii politycznej.