Wolta prezydenta Baracka Obamy w sprawie decyzji o militarnym uderzeniu w reżim Baszara al-Asada w Syrii, obrazuje wątpliwości Stanów Zjednoczonych w sprawie tego, czy powinny brać czynny udział w wydarzeniach w basenie Morza Śródziemnego. Co prawda amerykański Kongres może mu dać zielone światło, ale odrzucenie przez brytyjski Parlament opcji ataku już odizolowało Stany Zjednoczone. Ponieważ, poza Londynem, Berlin, Rzym i Warszawa także są sceptycznie nastawione do nalotów, przez co Paryż jako jedyny w Europie pozostaje zwolennikiem wojny.

Nikt nie chce też umierać za Syrię ze względu na to, że znaczenie regionu śródziemnomorskiego jako całości zmalało. Przez wiele wieków był on epicentrum kulturowym, handlowym i politycznym świata, ale wydaje się, że dzisiaj jest regionem podzielonym i bez jednolitej przyszłości w „zglobalizowanym” świecie, od którego wszystko będzie zależało. Teraz to inne morze – Morze Chińskie – nadaje światu ton.

Liczne przykłady obrazują tę utratę wpływów. Poczynając od rozwoju wydarzeń po „arabskiej wiośnie”, która wzbudziła tyle nadziei. W Egipcie pucz wojskowy, popierany przez większość społeczeństwa, obalił prezydenta stopniowo koncentrującego władzę w rękach swojej partii, Bractwa Muzułmańskiego. Jednak przyszłość jest bardzo niepewna, zwłaszcza że kraj ma poważne problemy gospodarcze.

W Syrii wojna domowa jest coraz bardziej tragiczna i jest zagrożeniem dla całego regionu, w tym dla sąsiadującego Libanu. Możliwość rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego należy rozpatrywać w kategoriach nadziei, a nie rzeczywistości. W Maghrebie sytuacja polityczna pozostaje bez zmian, co może uniemożliwić rozwój gospodarczy. Nawet w Turcji, jeszcze do niedawna stawianej za wzór stabilności, mają miejsce manifestacje, które są czasami krwawo tłumione.

Na północy sytuacja jest także trudna – kryzys uderzył w śródziemnomorską część Starego Kontynentu, która chciała się rozwinąć dzięki Unii Europejskiej i której przyszłość zależy od trójki wierzycieli międzynarodowych. Recepty MFW, EBC i KE nie przewidują możliwości rozwoju opartego na regionalnej dynamice.

Już nie pępek świata

Prawdą jest, że w nowej otwartej geografii nakreślonej przez globalizację Morze Śródziemne wydaje się zamknięte, ponieważ ma tylko trzy strategiczne przejścia, którymi są: Cieśnina Gibraltarska na zachodzie, Kanał Sueski i jego szlak tankowców na południowym wschodzie, oraz Dardanele na północnym wschodzie. Niegdyś to zamknięcie było dodatkowym kluczowym atutem strategicznym, bo ułatwiało kontrolę statków, ale już tak nie jest. Ponadto przestrzeń śródziemnomorska jest nadal bardzo różnorodna.

Liczba ludności 22 krajów nadbrzeżnych wynosi 475 mln mieszkańców, do których należą ludzie o różnych wyznaniach i korzeniach kulturowych: chrześcijanie, muzułmanie, żydzi, Europejczycy, Turcy, Arabowie, Berberowie, Izraelczycy. W sprawach wojskowych jedność jest zapewniona przez Sojusz Atlantycki w północnej części morza. NATO jest zdominowane przez Stany Zjednoczone, których VI flota gra, na Morzu Śródziemnomorskim, kluczową rolę w zakresie bezpieczeństwa. Do kiedy tak będzie? Waszyngton nie ukrywa swojej woli wycofania się, co przyczyniłoby się do szybszego osłabienia regionu.

A Europa nie potrafi w żadnym razie zapełnić tej amerykańskiej pustki. O ile UE odegrała kluczową rolę w odbudowie Europy Wschodniej po upadku ZSRR, o tyle zupełnie zaprzepaściła szansę wywarcia wpływu na Południe. Ta słabość europejskiego przywództwa skutkuje powstaniem podzielonej przestrzeni regionalnej, w której kilka krajów walczy o dominujący głos, a są nimi Arabia Saudyjska, Turcja (członek NATO chcący wstąpić do Unii Europejskiej) i Egipt na Bliskim Wschodzie, gdzie Izrael gra rolę niezależnego gracza. W Maghrebie rywalizacja między Marokiem i Algierią uniemożliwia wszelką współpracę regionalną.

Europa mimo wszystko podjęła kilka inicjatyw, z których najbardziej ambitną było utworzenie Unii na rzecz Regionu Morza Śródziemnego (UfM), która liczy sobie nie mniej niż 43 członków (do 28 członków UE należy doliczyć Albanię, Algierię, Bośnię i Hercegowinę, Egipt, Izrael, Jordanię, Liban, Mauretanię, Monako, Czarnogórę, Maroko, Autonomię Palestyńską, Syrię, Tunezję i Turcję)! Ale ta unia nie jest zbyt skuteczna w działaniach ze względu na jej rozmiary i sposób funkcjonowania. Jej członkowie mają sprzeczne interesy. Strefa Schengen i protekcjonizm rolniczy dzielą kraje śródziemnomorskie.

Światełko w tunelu

Czy region śródziemnomorski nie ma już najmniejszych szans, żeby stać się ponownie potęgą gospodarczą? Na krótszą metę pewnie nie, ale na dłuższą – wszystko wskazuje na to, że jednak ma. Jest tak, ponieważ motywacje, które doprowadziły do „arabskiej wiosny”, jak swego czasu te, które zachęciły europejskie państwa śródziemnomorskie do wstąpienia do UE, są niezmienne, obywatele chcą wyższej stopy życiowej oraz bardziej pewnych i demokratycznych warunków funkcjonowania państwa.

Interesy geostrategiczne mają teraz mniejsze znaczenie niż 20 lat temu, więc kraje śródziemnomorskie mogą się teraz stać dużym epicentrum gospodarczym. Pierwszym etapem mogłaby być unia energetyczna, która zapewniłaby niezależność całej Unii na rzecz Regionu Morza Śródziemnego dzięki partnerstwu między państwami wydobywającymi i produkującymi (ropę naftową, ale i energię odnawialną) i państwami odbiorcami.

Plusem tego byłoby zmniejszenie uzależnienia Europy od Rosji. Tylko UE potrafiłaby zorganizować tę jedność, a ramy dla współpracy już są. Należy ją zintensyfikować; poza zasobami naturalnymi istnieje wyraźny potencjał rolniczy i przemysł turystyczny, który można by rozwinąć tak, aby był trwały.

Narzucenie „hard power” nie jest w stylu Europy, natomiast może ona – i ma zasoby, aby osiągnąć ten cel – przyczynić się do szerzenia pokoju poprzez „soft power”, który miałby na celu promocję współpracy na szczeblu regionalnym poprzez istniejące dwustronne i wielostronne porozumienia. Ale musi najpierw sama się zjednoczyć, ponieważ jest teraz w rozsypce z powodu niepewności, która się pojawiła przez kryzys zadłużeniowy.

Jednak projekt tego typu w obecnym kontekście jest jak na razie utopią, ponieważ walka między regionalnymi potęgami – Arabią Saudyjską, Turcją, Iranem i ich sojusznikami – może doprowadzić do długotrwałej destabilizacji południowego wybrzeża Morza Śródziemnego, czego krwawym przykładem jest teraz Syria.