Katalonia stała się niewygodnym tematem. Zarówno dla osób z zewnątrz, jak i dla jej mieszkańców. Wielu Hiszpanów przyzwyczaiło się postrzegać wszystkich Katalończyków jako pozbawionych lojalności szantażystów. W katalońskim społeczeństwie współistnieją obok siebie frustracja separatystów, frustracja tych, którzy czują się Hiszpanami mieszkającymi na wrogim terytorium, oraz frustracja licznej, mniej lub bardziej zróżnicowanej, grupy, która nie chce ani separacji, ani centralizmu i uciekając w milczenie, a czasami w humor, śledzi zdumiona gorączkowe działania ostatnich lat.

Głosy tej szarej grupy, grupy, która postrzega separację jako pomysł równie bezsensowny, co doniesienia o „lingwistycznym ludobójstwie” w Katalonii, są coraz słabiej słyszalne. Dominuje dziś głos tamtejszych nacjonalistów, którzy przedstawiają proces separacji jako realny, korzystny, a nawet rozsądny.

Separacja oznaczałaby ruinę

Separacja oznaczałaby „katastrofę, ruinę, coś, co musi się źle skończyć”

Są oni bardziej świadomi jego zagrożeń i faktu, że w dużej mierze jest to senne marzenie. Niczym biznesmeni starają się milczeć lub nie mówić wszystkiego, co myślą. „Formułujemy prywatne opinie i odbieramy to w osobisty sposób. Przewodniczącemu Generalitat, Arturowi Masowi powiedzieliśmy wiele przykrych rzeczy”, mówi szef jednego z największych przedsiębiorstw z siedzibą w Katalonii, dla którego separacja oznaczałaby „katastrofę, ruinę, coś, co musi się źle skończyć”.

Wszyscy zaprzeczają, jakoby istniała zmowa milczenia, choć przyznają, że Generalitat poprzez publiczne radio i telewizję oraz dotacje i pomoc dla prasy wywiera znaczny wpływ na lokalne środki przekazu i na debatę publiczną. „Nikt nie chce przeciwstawić się władzy, nikt nie chce narobić sobie kłopotów; chociaż Mas to nie jest ktoś na odpowiednim poziome, to jednak nie mamy żadnej alternatywy”, wyznaje pewien biznesmen. „Nie można też powiedzieć, by poziom jego rozmówców w Madrycie był wiele lepszy ”, dodaje.

Skrzywdzeni i wyzyskiwani

W katalońskim społeczeństwie utarło się przekonanie, że jest ono ofiarą niesprawiedliwego traktowania ze strony państwa hiszpańskiego, zarówno pod względem podatkowym (w latach 2005–2010 deficyt między zapłaconymi podatkami i otrzymanymi funduszami przekraczał 10 miliardów euro rocznie, chociaż dokładne kwoty różniły się w zależności od tego, kto dokonywał obliczeń i w jaki sposób), jak i pod względem inwestycji publicznych. Poza tymi, którzy skarżą się na rzekomy, nieistniejący „wyzysk” i zarzucają Hiszpanii, że „nas okrada”, w kręgach przedsiębiorców i naukowców te różnice są przyjmowane ze zrozumieniem.

Ponad połowa ludności Katalonii, jak wynika z sondaży, „czuje” przynależność do narodu katalońskiego

Niezależnie od rozmaitych opinii na ten temat jest to kwestia, o której można dyskutować, używając racjonalnych argumentów. Trudno jednak dyskutować o uczuciach. Tymczasem ponad połowa ludności Katalonii, jak wynika z sondaży, „czuje” przynależność do narodu katalońskiego.

Znaczącym elementem tego emocjonalnego zaangażowania jest przeinaczanie historii, a nawet tworzenie jej od nowa. Kiedy nie wystarczają namacalne dowody w postaci odrębnego języka, używanego równolegle z hiszpańskim, zespołu odmiennych tradycji oraz poczucia solidarności wewnątrz grupy, spełniające kryteria tak zwanej kulturowej definicji narodu, trzeba się uciec do wyimaginowanej przeszłości, w której Katalonia była kiedyś niepodległa, a dopiero potem została podbita przez hiszpański „imperializm”.

Nowy konflikt na horyzoncie

Upadek Barcelony 11 września 1714 roku, po oblężeniu przez wojska burbońskie, będący finałem europejskiej wojny o sukcesję na tronie hiszpańskim, dziś nie jest już pamiętany jedynie jako święto narodowe. Uważa się, że teraz to wydarzenie i jego zbliżająca się trzechsetna rocznica mogą stać się zarzewiem nowego konfliktu. Można podejrzewać, że to apogeum postrzegania Katalonii jako kraju oczekującego na własną państwowość jest związane z systemem edukacji, którego najbardziej kontrowersyjnym aspektem jest „immersja językowa”.

Nerwowość wywołana kryzysem i brak politycznej i ekonomicznej alternatywy sprawiły, że pewna część katalońskiego społeczeństwa postrzega jako rozsądną opcję tak ryzykowną (i tak niewykonalną z instytucjonalnego punktu widzenia), jaką jest odrębna państwowość. Na tym etapie, na którym polityka, rozumiana jako wybór między różnymi modelami, zniknęła i zaczęła być mylona z korupcją klasy rządzącej i zubożeniem pozostałej części społeczeństwa, niezależność staje się jedynym branym pod uwagę projektem politycznym, a przynajmniej donośnym krzykiem protestu.

Istnieje powszechna zgodność co do tego, kiedy sprawy definitywnie się skomplikowały – 28 czerwca 2010 r. Tego dnia Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok okaleczający status autonomii z 2006 r. Od tamtego czasu kolejne etapy następowały po sobie w zawrotnym tempie. Istotnym zapalnikiem okazała się tłumna manifestacja 11 września ubiegłego roku.

W poszukiwaniu formuły prawnej

Artur Mas pojechał właśnie do Madrytu z propozycją paktu fiskalnego, na którą Mariano Rajoy – w chwili, gdy Hiszpania przeżywała techniczne bankructwo i groziła jej interwencja z zewnątrz odpowiedział negatywnie. 10 września 2012 r. Artur Mas zażądał większego finansowania dla Katalonii. 12 września zażądał już niepodległości, chociaż pilnował się, żeby nie użyć tego słowa. Jego kolejna decyzja o zwołaniu plebiscytowych wyborów, w których miał nadzieję uzyskać znaczną większość absolutną, aby przeprowadzić proces secesji, okazała się gigantycznym błędem taktycznym. Mas stracił deputowanych.

Sprawa referendum w kwestii separacji, która cieszyła się poparciem dwóch trzecich ludności, dotarła do niezrozumiałego punktu. Mas, kiedy podczas poufnych spotkań rozmawia z rządem, o finansowaniu i o tym, jak dojść do jakiegoś porozumienia, stara się odbudować mosty łączące go z Madrytem. Ale jednocześnie, kiedy rozmawia ze swoimi sprzymierzeńcami – nacjonalistami z Republikańskiej Lewicy Katalonii – obiecuje referendum „tak albo tak, przed 2015 r.”. A zwracając się do swego własnego elektoratu, rozdartego między separatystami, suwerenistami (którzy chcieliby czegoś w rodzaju niezależności, ale w ramach Hiszpanii) i autonomistami, podkreśla, że zrobi to, tylko „jeśli istnieje prawna formuła”.

Łańcuch ludzki, który opasze dziś, 11 września, Katalonię, wyznaczy nowy punkt zwrotny w procesie uniezależnienia

Łańcuch ludzki, który opasze dziś, 11 września, Katalonię, wyznaczy nowy punkt zwrotny w procesie uniezależnienia. Nie da się przecenić znaczenia tych barwnych i pokojowych wystąpień.

Niezależnie od tego, co się wydarzy, tak zwana droga katalońska będzie nowym bodźcem dla zwolenników secesji. Artur Mas zachowuje większy dystans, aby nie popełnić znowu błędu, jak w 2012 r. Prawdopodobnie będzie się starał wykorzystać manifestację z 11 września, aby zażądać nowych ustępstw od rządu centralnego.

Zjawisko separatyzmu istnieje i jest dziś zbyt poważne, aby je po prostu zignorować czy starać się je stłumić. Na długi czas mamy zapewnioną ogólną frustrację.