W ostatnich dniach belgijski flamandzki dziennik De Standaard, belgijski francuskojęzyczny dziennik Le Soir i francuski magazyn Le Nouvel Observateur doprowadziły do spotkania wybitnego grona europejskich osobistości i myślicieli. Ale to jeszcze nie wszystko.

Zorganizowały debatę, podczas której wyrażane były naprawdę różne poglądy. Zasługują za to na nasz najwyższy szacunek. Lecz tylko jeden z dyskutantów był zagorzałym eurosceptykiem. Dlatego właśnie mam niejednoznaczny stosunek do debaty, której mogłam się przysłuchiwać.

Obywatelskie uczestnictwo

Można by sądzić, że europejscy przywódcy i ich otoczenie boją się eurosceptycyzmu i nie potrafią wyczuć, czym żyją obywatele, ani tym bardziej włączyć ich do działania. Każdy system polityczny oscyluje między skutecznością a legalizmem. W UE szala przechyla się wyraźnie w stronę entuzjastycznej pogoni za skutecznymi rozwiązaniami, które pozwolą podjąć wspólnotowe wyzwania.

A przecież Europa szczyci się tym, że broni demokratycznych wartości, które propaguje również poza swoimi granicami. I to jest właśnie jej słaba strona. W demokracji obywatelskie uczestnictwo i wynikający z niego legalizm porządku politycznego są sprawą zasadniczą.

Totalitaryzm

Instytucje obawiają się z pewnością [zaangażowania] obywateli. Ale kiedy [przewodniczący Rady Europejskiej] Herman Van Rompuy oświadczył [podczas jednej z debat], że trudno jest informować obywateli, ponieważ trzeba zawsze przekazywać jednogłośny komunikat, aż podskoczyłem.

Politycy działający w instytucjach europejskich chcą najwyraźniej nie tylko zachęcać ludzi do refleksji nad UE, ale również decydować o treści ich myśli. A to już jest totalitaryzm stosujący jako strategię komunikacji indoktrynację. Przytoczone powyżej słowa dowodzą również, że eurosceptycyzm jest zbyt często postrzegany jako groźba, a nie jako wyzwanie.

Dlaczego nie może być wewnątrz UE debaty uwzględniającej różne opinie? I dlaczego UE nie może informować o toczącej się debacie, w której biorą udział zarówno jej zwolennicy, jak i przeciwnicy? Musimy nie tylko urozmaicać debatę, ale również mieć do niej łatwiejszy dostęp.

Mentalność wtajemniczonych w sprawy UE

Podczas debaty inaugurującej stało się rzeczą jasną, jak wiele jeszcze trzeba zrobić, by zmienić mentalność wtajemniczonych w sprawy UE. Osłupiałam, kiedy słuchacze niemal chórem zaczęli sobie podkpiwać z pewnej pani, która pomyliła się, nazywając Hermana Van Rompuya przewodniczącym Komisji Europejskiej zamiast Rady Europejskiej.

Nie mam wątpliwości, że skoro osoba, która zadała sobie trud uczestniczenia w serii debat poświęconych UE jeszcze się w tej sprawie myli, zgłaszanie kandydatów na przewodniczącego Komisji niczego nie zmieni. Nie zachęci to bardziej obywateli do wzięcia udziału w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Chcę zatem wystosować apel do wszystkich kierujących instytucjami europejskimi.Po pierwsze: uwolnijcie się od strachu przed innymi poglądami i zaangażujcie w otwartą debatę. Po drugie: prowadźcie tę debatę za pośrednictwem waszej lokalnej bazy politycznej z udziałem publiczności złożonej również z młodych, z osób niewykwalifikowanych, z kobiet. Po trzecie: posłuchajcie wewnątrz instytucji głosów tych, którzy mają już takie podejście i proponują realistyczne, konkretne kroki, które pozwolą taki sposób myślenia urzeczywistnić. Macie na to siedem miesięcy.