Irlandia po raz kolejny prezentuje się jako prymus polityki zaciskania psa, po tym jak premier Enda Kenny zapowiedział, że jego kraj jeszcze przed końcem roku będzie gotów zrezygnować z pomocy otrzymywanej na mocy planu ratunkowego zaordynowanego przez trzech wierzycieli, czyli Unię Europejską, Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Według szefa irlandzkiego rządu epoka „austerity” [cięć budżetowych] dobiega końca.

Oba stwierdzenia budzą wątpliwości, ale dobrze naświetlają pewne istotne aspekty dzisiejszej sytuacji w Europie.

„Trójka” dyktować będzie Dublinowi politykę ekonomiczną jeszcze przez wiele lat. Unia Europejska wprowadziła wręcz w życie system monitoringu budżetowego, regulacji, a nawet sankcji finansowych, który wymusza permanentną politykę oszczędnościową u wszystkich bez wyjątku członków strefy euro. Co więcej, MFW zwykle uruchamia nową linię kredytową po tym, jak środki z pierwotnego planu pomocowego zostaną wyczerpane, z czym też związane są określone wymogi. Nie można zatem mówić o końcu zaciskania pasa. Wręcz przeciwnie – aktywa i pasywa irlandzkich banków uległy z powodu kryzysu takiej dewaluacji, że ryzyko kolejnej redukcji zadłużenia [bailoutu] rośnie.

Erupcja samozadowolenia

Istnieje też ważny powód, dla którego w ślad Irlandii nie mogą pójść takie kraje, jak Grecja i Portugalia. Przed kryzysem Irlandia, gdy idzie o rozwój ekonomiczny, o niebo je przewyższała . I po długotrwałym załamaniu gospodarczym na europejskich peryferiach jest tak nadal. Miarą porażki kolejnych gabinetów w Dublinie jest spadek stopy życiowej poniżej poziomu notowanego w Wielkiej Brytanii po raz pierwszy, od kiedy Irlandia prześcignęła ją pod tym względem w końcu lat 90. ubiegłego wieku.

W Zjednoczonym Królestwie zawsze znajdzie się wielu pragnących winić Unię za wszelkie trudności gospodarcze. Jednak wypowiedziana przez ministra skarbu George’a Osborne’a groźba utrzymania polityki zaciskania pasa co najmniej do 2018 r. i starań o nadwyżkę budżetową odpowiada oszczędnościowej filozofii, jakiej hołduje się dzisiaj w Brukseli, Frankfurcie i Waszyngtonie.

Erupcja samozadowolenia po obu stronach Morza Irlandzkiego jest więc całkowicie nieusprawiedliwiona

Obecna erupcja samozadowolenia po obu stronach Morza Irlandzkiego jest więc całkowicie nieusprawiedliwiona. Politykom w Dublinie brakuje imperialnej arogancji elit brytyjskich, dlatego szukają poklasku za granicą.

Rządząca koalicja prawicowej Fine Gael i Partii Pracy pragnie być poklepana po ramieniu – a może pogłaskana po głowie – za obietnicę, iż finanse publiczne osiągną to, co nazywa się nadwyżką pierwotną, czyli dodatnią różnicę między dochodami a wydatkami pomniejszonymi o koszty obsługi długu. Tyle że obietnica ta – głoszona dzisiaj również przez zwolenników tnących wydatki rządów w Lizbonie i Atenach – pozbawiona jest w istocie znaczenia. Jeżeli tempo wzrostu gospodarczego nie przewyższa tempa wzrostu kosztów obsługi długu, poziom tego ostatniego staje się w końcu nie do utrzymania.

To nie jest recepta na kryzys

Na razie jednak ryzyko załamania irlandzkich finansów publicznych znacznie się zmniejszyło. Częściowo jest to wynikiem determinacji EBC, by bronić euro za wszelką cenę. Co oznacza praktycznie nieograniczone wsparcie dla wierzycieli – czyli głównie europejskich banków – ale ani euro dla rządów.

Impreza nie potrwa jednak zbyt długo, bowiem polityka zaciskania pasa osłabia gospodarkę

To tę operację podtrzymującą przy życiu banki mamy dzisiaj świętować. Impreza nie potrwa jednak zbyt długo, bowiem polityka zaciskania pasa osłabia gospodarkę. Bez inwestycji zdolności produkcyjne kurczą się. W Irlandii poziom inwestycji netto (po odjęciu amortyzacji, zużycia środków produkcji i temu podobnych czynników) jest dzisiaj bliski zeru. Gospodarka pozostaje pod kreską, a jednym z efektów tego jest rosnący poziom „złych” długów w bankach detalicznych, w tym osób niebędących w stanie spłacać kredytów hipotecznych. Zaciskania pasa jest wrogiem wzrostu gospodarczego i nie może być receptą na kryzys.