Lobbing rządzi się swoimi prawami. Kiedy jakiś nowicjusz trafia do Brukseli, Pierre podaje mu niezawodne recepty, dzięki którym może spotkać się bez poprzedniego umawiania, z marszu, z europejskim urzędnikiem. Uśmiechnięty pięćdziesięciolatek, który spędził niemal dziesięć lat w stolicy Dwudziestkiósemki jako rzecznik interesów wielkiego koncernu przemysłowego, posiadł wszystkie tajemnice zawodu.

Najtańszy przepis na spotkanie eurokraty – pokręcić się wokół ronda Schumana, newralgicznego punktu dzielnicy europejskiej położonego między siedzibą Komisji a siedzibą Rady, w porze obiadu, kiedy wszyscy wychodzą na sandwicza lub do restauracji. Najdroższy – kupić bilet pierwszej klasy na linii Thalys łączącej stolicę Belgii z Paryżem w jednym z pociągów pozwalających dojechać na czas na pierwsze poranne spotkanie.

Świat w pigułce

Bruksela to taki mały świat, a Thalys jest tym światem w pigułce. Niedoświadczone oko niczego szczególnego tu nie dostrzeże. Nikt tu rzeczywiście nie nosi na szyi akredytacji, dzięki której można wejść bez przeszkód do Parlamentu Europejskiego, Komisji czy szkaradnej siedziby Rady.

Ale wszyscy ci podróżni tak często ocierają się o siebie, że jedno spojrzenie na peronie, jeden gest skierowany pod adresem drugiej osoby z wygodnego fotela pierwszej klasy wystarczy, by się nawzajem rozpoznać. Są urzędnikami, parlamentarzystami, adwokatami, prezesami czy lobbystami świata gospodarki, każdy z nich uczestniczy w taki czy inny sposób w wielkiej machinie produkującej wspólnotowe dyrektywy.

Każdy członek brukselsko-paryskiej francuskojęzycznej europejskiej elity będzie musiał prędzej czy później wsiąść do TGV łączącego dwie stolice

Każdy członek brukselsko-paryskiej francuskojęzycznej europejskiej elity będzie musiał prędzej czy później wsiąść do TGV łączącego dwie stolice w ledwie godzinę i dwadzieścia minut – o ile pociąg się nie spóźni. Można tu czasem spotkać José Manuela Barroso. Tak było 26 listopada 2010 r., kiedy przewodniczący Komisji Europejskiej w drodze powrotnej z Paryża wisiał podczas całej drogi na telefonie komórkowym.

Pochylony nad stolikiem przy fotelu, zasłaniając ręką słuchawkę, portugalski przywódca próbuje wtedy dyskretnie zmontować wstępny plan ratunkowy dla Irlandii, którą ogarnęła finansowa zawierucha. Po drugiej stronie słuchawki Angela Merkel, Nicolas Sarkozy i przede wszystkim Jean-Claude Trichet. Gdyby jego towarzysze podróży wiedzieli… W każdym razie te przymusowe szepty doprowadziły dwa dni później do powstania ostatecznego planu dla Dublina.

Zamknięci przez godzinę dwadzieścia minut w niewielkiej przestrzeni rozmawiają. Często wystarczy niespełna minuta. Jedno porozumiewawcze spojrzenie, jedno zdanie wyszeptane zza fotela lub przy wyjściu z pociągu. Chodzi o to, by przekazać komunikat lub zwrócić na siebie uwagę, bo to ważny punkt w świecie nasyconym informacjami.

W poprzedniej dekadzie dyrektywa dotycząca branży transportowej została nieco zmodyfikowana po podróży Thalysem Jacques’a Barrot. Ówczesny komisarz europejski odpowiedzialny za ten sektor usiadł naprzeciwko lobbysty wielkiego koncernu europejskiego. Rozmowa szybko zeszła na słynne przygotowywane przepisy, z których jeden, drugorzędny, stanowił kłopot dla tej firmy. Czy był to przypadek, czy zbieg okoliczności, w każdym razie kłopotliwy punkt odłożono na bok po krótkiej rozmowie w TGV i późniejszej intensywnej wymianie maili…

Raj dla szpiegów

Jeśli się liczy na owocne spotkanie, nie wolno pomylić pociągu. O jedenastej jest wprawdzie jakaś szansa na spotkanie europejskiej grubej ryby, ale o tej porze dnia można z równym prawdopodobieństwem trafić na uciekiniera podatkowego, spadkobiercę francuskiej rodziny wielkich przemysłowców, który ryczy na cały wagon do telefonu, że „trzeba załatwić trzy kuropatwy i château latour” na weekendowe polowanie. Jego sąsiad z pociągu do dziś się z tego śmieje.

Jeśli już chce się polować na eurokratę, lepiej się zaczaić na pociąg Bruksela-Paryż w piątek wieczorem, po 17., kiedy wielu Francuzów z Komisji wraca do domu. I w niedzielę wieczorem, w odwrotnym kierunku. Ale najlepszym rozwiązaniem jest zabranie się w dniu powszednim pociągiem rannych ptaszków. „Największym powodzeniem cieszą się pociągi Bruksela-Paryż z 7.13 i z 7.37”, mówi z przekonaniem osoba stale podróżująca na tej trasie.

Zderzenie się na takiej przestrzeni z Brukselą w pigułce ma więc swoje zalety. Ale niesie też zagrożenia. Gdyby jakiś rabuś napadł na wagon, jak niegdyś jego przodkowie na dyliżanse, opuściłby go bogatszy o najrozmaitsze tajemnice gospodarcze kontynentu. „Zawsze trzymam dokumenty w teczce przy nodze”, twierdzi pewien adwokat. „Dla mnie Thalys to sudoku i krzyżówka, boję się szpiegów”, mówi lobbysta. José Manuel Barroso rezerwuje prawie zawsze dla siebie mały prywatny salonik na końcu pociągu, żeby przygotować się do spotkań w Paryżu – nie licząc najwyraźniej dnia, kiedy ratował Irlandię.

Nie brak obiektywnych powodów, by obawiać się niedyskretnych uszu lub spojrzeń. Kilka lat temu pewien europejski urzędnik wymyślił sobie, że będzie pracował w pociągu nad dossier poświęconym konkurencyjności, którym zajmowała się Komisja. Lepiej by zrobił, gdyby obejrzał się za siebie. Zobaczyłby wtedy siedzącego tuż za nim dziennikarza.

Następnego dnia, kiedy jego szefowie przeczytali w depeszach anglosaskiej agencji nagłówki mówiące o pretensjach Brukseli w sprawie dossier o konkurencyjności, nieszczęsny eurokrata o mało nie stracił stanowiska. „Nic nie wiem o jakichś szczególnych zaleceniach naszego kierownictwa w sprawie zasad bezpieczeństwa podczas podróży Thalysem”, przyznaje europejski urzędnik. To dowód, że druga metoda Pierre’a, lobbysty koncernu przemysłowego, chociaż droższa niż pierwsza, jest mimo wszystko bardziej skuteczna. Bo rzeczywiście nikt chyba nigdy nie spotkał głodnego eurokraty zdradzającego tajemnice w drodze po sandwicza.