Kiedy podjęła się ciężkiego wyzwania zbudowania pierwszego aparatu dyplomatycznego Unii Europejskiej pod koniec 2009 r., na temat tej polityk z Partii Pracy zasiadającej w Izbie Lordów pojawiła się fala szyderczych komentarzy.

„Lady Qui?”, pytano się z niedowierzaniem w Paryżu. W Berlinie narzekano, że wyjdzie to Niemcom na niekorzyść. Poza tym żaden z jej współpracowników nie znał niemieckiego. W Londynie podejście było następujące: „Wielka Brytania nie chce prawdziwej europejskiej polityki zagranicznej, a ona na pewno sobie z nią nie poradzi. A więc wszystko gra”.

W tym klimacie, w którym przeważały pogarda, rozczarowanie i zaskoczenie, pewien urzędnik europejski wyższego szczebla, który odegrał później kluczową rolę w jej polityce, wyraził odmienne zdanie: „Za cztery lata Ashton będzie liczącą się postacią”.

Kiedy rozpoczęło się spotkanie w Genewie w niedzielę o świcie, ta uwaga z listopada 2009 r., niemalże w czwartą rocznicę jej wygłoszenia, okazała się prorocza. Była działaczka Kampanii na rzecz Rozbrojenia Nuklearnego pośredniczyła w porozumieniu, które wydaje się być najdonioślejszym w naszych czasach powstrzymaniem rozbudowy broni nuklearnej, dyplomatycznym przełomem dekady, w sprawie problemu i sporu, z którego – takie odnosiło się wrażenie – nie było wyjścia, a mógł on doprowadzić do krwawej wojny, w którą zostałby wplątany cały Bliski Wschód i światowe mocarstwa.

Dwoje pomocników i pośredników

Częściowe, lecz mające zwoje znaczenie, załatwienie kwestii irańskiego atomu jest bez wątpienia związane w dużej mierze ze zmianą reżimu w Teheranie, do którego doszło tego lata i do decyzji rządu Obamy, aby potraktować poważnie rozmowy z Iranem po raz pierwszy od całego pokolenia.

Ashton zawzięła się i nadała kształt wieloletnim przerywanym i wznawianym negocjacjom, co zawdzięcza, jak się mówi w Brukseli, swojej „inteligencji emocjonalnej”

Jednak Ashton zawzięła się i nadała kształt wieloletnim przerywanym i wznawianym negocjacjom, co zawdzięcza, jak się mówi w Brukseli, swojej „inteligencji emocjonalnej” w sterowaniu i pośredniczeniu w bardzo złożonych rozmowach, które okazały się bardzo owocne. W niedzielę 24 listopada została obsypana komplementami ze strony [swojego] szefa Jose Manuela Barroso, przewodniczącego Komisji Europejskiej, Hermana Van Rompuya, który kieruje spotkaniami posiedzeń Rady Europejskiej [oraz] Johna Kerry’ego, amerykańskiego sekretarza stanu. Zdarza się to niezwykle rzadko.

Van Rompuy i Ashton piastują swoje stanowiska tyle samo czasu, od kiedy wszedł w życie traktat lizboński, który je stworzył.

Oboje byli nieznanymi postaciami, wydawali się nieodpowiedni ze względu na brak cech przywódczych, strategicznej wizji i przygotowania merytorycznego. Ale tego właśnie chcieli główni rozgrywający w Europie. Nie chcieli Tony’ego Blaira czy Davida Milibanda, albo jednego z tych drapieżnych niemieckich lub francuskich polityków, którzy czują się jak ryba w wodzie na arenie międzynarodowej, decydowaliby o priorytetach UE i zdominowaliby premierów państw członkowskich.

Postawili na dwoje spokojnych, metodycznych, efektywnych pomocników i pośredników, którym powierzyli jedne z najbardziej odpowiedzialnych zadań naszych czasów. Van Rompuyowi przypadło rozwiązywanie konfliktów między szefami rządów w kontekście największego kryzysu w historii UE – w sprawie euro, zadłużenia i finansowego chaosu.

Ashton miała zbudować unijną dyplomację od zera, tworząc tym samym pierwszą nową instytucję UE od dekady, w kontekście wewnętrznych kłótni w samej Brukseli i między Brukselą a 28 [wówczas 27] państwami członkowskimi.

Prawie niezauważony przełom

Większość słów krytyki pod jej adresem miało podłoże seksistowskie i bardzo bolało. Wycofała się, stała się dyskretną pracoholiczką, podróżującą po świecie, unikającą mediów, cierpliwie nawiązującą dobre kontakty z Irańczykami, Hillary Clinton i swoim chińskim odpowiednikiem. Na Bałkanach firmowała swoją autorską dyplomację wobec premierów Serbii i Kosowa, która przyczyniła się również do wyraźnego, choć prawie niezauważonego, przełomu.

Kilka tygodni temu Serbowie, którzy nie chcą uznać niezależnego Kosowa, wzięli po raz pierwszy udział w lokalnych wyborach właśnie w Kosowie, a więc pogodzili się de facto z myślą o oderwaniu się tej republiki, choć zrobili to niechętnie.

Jest dość prawdopodobne, że do tego by nie doszło, gdyby nie jej nieprzerwane zaangażowanie i pośredniczenie między obiema stronami podczas dziesiątek spotkań i kolacji trwających do późna wieczorem.

Opisując podejście Ashton do irańskich negocjacji, były urzędnik UE wyższego szczebla powiedział: „Można osiągnąć dużo rzeczy, jeżeli pozwoli się komu innemu zebrać laury za wypracowany kompromis”.

Na Bałkanach trzeba było obrać inny kierunek. „Należy jej szczególnie podziękować za zażegnanie konfliktu między Serbią a Kosowem, w którym jej osobisty wkład był naprawdę ogromny”.

Dla kontrastu dużym ciosem dla polityki zagranicznej UE było wycofanie się, w zeszłym tygodniu, prezydenta Wiktora Janukowycza z planu podpisania wraz Ashton strategicznego paktu z Europą podczas szczytu UE na Litwie w tym tygodniu.

W Genewie, w weekend dwa tygodnie temu, negocjacje miały miejsce podczas zawrotnych „bilateralnych” rozmów, na oddzielnych spotkaniach między Irańczykami i każdym z sześciu państw oraz na niezliczonych sesjach między dwoma z tych sześciu krajów. Potem doszło do końcowej sesji plenarnej, na której wszystkie były obecne.

W tej złożonej wielowymiarowej dyplomacji jedyną osobą, która prawie zawsze była obecna, była Ashton, która miała globalny wgląd w całą sytuację. To do niej należało uchwycenie najważniejszych treści, perswadowanie, podkreślanie różnic, przekazywanie wiadomości.

To głównie Robert Cooper, emerytowany strateg polityczny oraz dyplomata Wielkiej Brytanii i UE, przygotowywał teren podczas wcześniejszych negocjacji. Obecnie zajmuje się tym Helga Schmidt, dyplomatka UE z Niemiec, która niegdyś była szefową gabinetu Joschki Fischera, byłego ministra spraw zagranicznych Niemiec i jednego z liderów Partii Zielonych.

Już może zbierać laury za to, czego dokonała, mimo tak ograniczonego pola manewru, i za ułatwienie porozumienia, które było wyzwaniem dla każdej ze stron przez ponad dekadę

Jednak przełom ostatniego weekendu jest pierwszym – trwającym sześć miesięcy – etapem zmierzającym ku „kompleksowemu” rozwiązaniu sporu z Iranem. Czy uda się osiągnąć ten cel podczas 11 najbliższych miesięcy, które zostały Ashton na tym stanowisku, jest pod dużym znakiem zapytania. Ale już może zbierać laury za to, czego dokonała, mimo tak ograniczonego pola manewru, i za ułatwienie porozumienia, które było wyzwaniem dla każdej ze stron przez ponad dekadę, od kiedy ujawniono informacje na temat nielegalnego dwudziestoletniego programu jądrowego Iranu w 2002 r.

W całej Europie już tworzy się kolejka ministrów spraw zagranicznych, głównie mężczyzn, którzy chcą ją zastąpić – Radek Sikorski w Warszawie, Carl Bildt w Sztokholmie, a w weekend pojawiły się spekulacje w sprawie Holendra Fransa Timmermana.

Ashton, która wówczas nie miała jeszcze żadnego doświadczenia w polityce zagranicznej i jest politykiem, który nigdy nie startował w wyborach powszechnych, dowiedziała się, że otrzymała tekę najlepiej opłacanego dyplomaty na Zachodzie na dwa dni przed objęciem stanowiska w 2009 r.

Była zaskoczona. W zeszły weekend w Genewie to ona nas zaskoczyła.