W trakcie niedawnego Święta Niepodległości polscy ultranacjonaliści spalili tęczę – instalację artystyczną – stojącą w centrum Warszawy i podpalili budkę pod ambasadą rosyjską. Wybuchł międzynarodowy skandal. Słowacki kolega polskich narodowców, Marian Kotleba, poszedł jeszcze dalej – w ostatni weekend wygrał wybory i został szefem władz samorządowych w kraju bańskobystrzyckim. Słowacja jest w szoku.

Szefem jednego z ośmiu krajów, na które dzieli się Słowacja, został człowiek, który wychwalał faszystowskie państwo słowackie z lat 1939–1945 i deportacje Żydów do obozów zagłady, lubi być nazywany „Wodzem”, tworzy antyromskie bojówki i szefuje partii „Nasza Słowacja”, której program można by w skrócie określić jako „improwizowany populizm z elementami neofaszyzmu”.

Po tym, jak węgierski Jobbik wszedł do parlamentu w 2010 r., nie jest już zaskakujące, że frustracja i rozczarowanie sytuacją ekonomiczną i polityczną w Europie Środkowej wyniosło do władzy ekstremistycznego polityka i jego partię. Przerzucanie się odpowiedzialnością przez słowackich polityków z lewa i z prawa sugeruje, że nie rozumieją oni zmian, jakie zachodzą w społecznej świadomości. Przejście Kotleby do drugiej – decydującej – tury zmobilizowało więcej wyborców w kraju bańskobystrzyckim niż w którymkolwiek z pozostałych czterech krajów samorządowych, gdzie w ostatni weekend odbywały się wybory, a głos na niego oddali ludzie z różnych klas społecznych.

Wynik Kotleby niewątpliwie zachęci go do startu w przyszłorocznych wyborach prezydenckich i lokalnych. Chociaż nie ma szans ich wygrać, stworzy sobie w ten sposób bazę polityczną przed wyborami parlamentarnymi przewidzianymi na 2016 r. Jako szef kraju samorządowego będzie izolowany; tym bardziej jednak będzie mógł przedstawiać siebie jako ofiarę systemu i zdobywać kolejne punkty u wyborców, tak uważa socjolog Martin Bútora.

Frustracja i państwo słowackie

Zwycięstwo Kotleby ma kilka aspektów i jest wynikiem kilku czynników, które nie dotyczą wszystkich Słowaków. Jednym z nich jest rozczarowanie kierunkiem, w jakim w ostatnich latach rozwija się słowackie społeczeństwo.

Innym aspektem jest porażka elit – zarówno z lewa, jak i z prawa – które nie zdołały wystawić kontrkandydata zdolnego nawiązać równorzędną walkę z Kotlebą, gdy ten ku zaskoczeniu wszystkich przeszedł do drugiej tury.

Premier Robert Fico wspierał kandydatów swojej partii SMER w krajach nitrzańskim i trnawskim przeciwko rzekomemu zagrożeniu węgierskiemu, ale nie znalazł czasu, by udzielić poparcia kandydatowi SMER w Bańskiej Bystrzycy. Kandydat prawicy z kolei absolutnie odmówił poparcia tego ostatniego przed decydującym głosowaniem.

Trzeci czynnik jest długofalowy i raczej psychologicznej natury. Według socjologa Michala Vašečki stosunkowo duży odsetek słowackich wyborców ma sympatie autorytarne, co pokazują wcześniejsze sukcesy Słowackiej Partii Narodowej i Ruchu na rzecz Demokratycznej Słowacji Vladimira Mečiara. Ta grupa wyborców kwestionuje również odpowiedzialność przywódcy prohitlerowskiej Republiki Słowackiej z lat 1939 – 1945, księdza Józefa Tiso, za zbrodnie wojenne i zagładę Żydów. Od połowy lat dziewięćdziesiątych minionego stulecia poglądy takie zyskują na popularności, między innymi dzięki wsparciu hierarchii Kościoła katolickiego.

Karta cygańska

Chociaż w perspektywie europejskiej należy postrzegać zwycięstwo Kotleby jako kolejne potwierdzenie wzrostu popularności skrajnej prawicy, to jest ono czymś więcej niż tylko głosem protestu, albowiem Kotleba – nieprzewidywalny radykał – łączy populizm z drażliwą i wciąż nierozwiązaną kwestią romską.

Według nieoficjalnych szacunków Romowie stanowią około 10 procent ludności Słowacji. Większość Słowaków postrzega ich obecność wyłącznie jako kwestię bezpieczeństwa publicznego, a nie zagadnienie z zakresu praw człowieka czy praw socjalnych. To woda na młyn Kotleby, który na przykład kupił ostatnio grunt, na terenie którego znajduje się obozowisko Romów i teraz chce ich stamtąd eksmitować – czyli zastosować rozwiązanie siłowe.

Tym razem to nie tradycyjna karta węgierska, lecz ponownie odkurzona karta romska zapędziła słowacką politykę w ślepy zaułek ekstremizmu. Reakcje polityków głównego nurtu pokazują, że zostali oni oskrzydleni, i że sukces Kotleby wynika z przyczyn niezwiązanych bezpośrednio z bieżącą walką polityczną.

W Słowacji po 1989 r. walka ta nie zawsze mieściła się w paradygmacie liberalnej demokracji i jej fundamentalnych zasad. Jednak nawet Ján Slota, niesławny były przywódca Słowackiej Partii Narodowej, nigdy aż tak otwarcie jak Kotleba nie deklarował się jako zwolennik nazizmu i faszystowskiej Słowacji z okresu II wojny światowej.

„Sprawa jest poważniejsza, niż to się może wydawać”, mówi socjolog Martin Bútora.

Papierek lakmusowy

W publikacji zatytułowanej „Skąd i dokąd: 20 lat autonomii”, wydanej przez bratysławski Instytut Spraw Publicznych, była przedstawicielka rządu Słowacji ds. Romów, Klára Orgovánová, pisze, że kwestia romska jest papierkiem lakmusowym tego, jak Słowakom udaje się budowanie społeczeństwa obywatelskiego.

W tym sensie Marian Kotleba – tak blisko z tą kwestią związany – będzie testem jakości polityki słowackiej jako takiej.

Jego wybór na stanowisko szefa regionalnego samorządu zdaje się być dla Słowacji krokiem wstecz. Jednak to nieprawda. Dopiero reakcja polityków i to, jak poradzą sobie z nową rzeczywistością stworzoną suwerenną decyzją wyborców, pokaże, jaki naprawdę jest stan słowackiego społeczeństwa (obywatelskiego) i jakość jej demokracji i instytucji.

Innymi słowy, mogą oni wzmocnić popularność Kotleby, traktując go jak pariasa. Mogą też próbować sprytnie zdyskredytować tego szefa regionalnego samorządu. Jednak szanse na to drugie rozwiązanie wydają się dzisiaj niewielkie.