„Dlatego że noc zapadła, a barbarzyńcy nie przyszli.

Jacyś nasi, co właśnie od granicy przybyli,

mówią, że już nie ma żadnych barbarzyńców.

Bez barbarzyńców – cóż poczniemy teraz?

Ci ludzie byli jakimś rozwiązaniem”

Takimi słowami kończy się wiersz „Czekając na barbarzyńców” greckiego poety poprzedniego wieku Konstandinosa Kawafisa (1863–1933). W ostatnich dniach bogate kraje z Europy Zachodniej przypomniały sobie o wiekopomnym zagrożeniu ze strony barbarzyńców, których uosobieniem są teraz przybysze ze wschodniej części kontynentu.

W zeszłym tygodniu premier Wielkiej Brytanii wyciągnął z rękawa reformę mającą na celu ograniczenie dostępu obywateli Rumunii i Bułgarii do rynku pracy i do pomocy społecznej. A przecież ostatnie restrykcje w tym zakresie miały zniknąć 1 stycznia 2014 r. Bruksela dość łagodnie skrytykowała tę kwarantannę zarządzoną przez Londyn, na którą bułgarska dyplomacja zareagowała w trochę żywszy sposób niż zwykle.

W kolejnych dniach Niemcy i Francja również podjęły działania zmierzające ku kolejnym ograniczeniom mającym objąć Bułgarów i Rumunów. Wielka koalicja pod batutą Angeli Merkel, w skład której wchodzą lewica i prawica, zobowiązała się do skończenia z „nieuzasadnionymi roszczeniami dotyczącymi zasiłków”. Socjalistyczny rząd François Hollande’a we Francji również oświadczył, że podjął decyzje zmierzające w tym samym kierunku.

Kiedy trzy największe kraje UE jednocześnie postanawiają, że zostaną wzniesione bariery, to o czymś świadczy. W pierwszym półroczu 2012 r. Niemcy przyjęły ok. 550 000 imigrantów, czyli o 11% więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej. Dwie trzecie z nich to obywatele UE, głównie z Europy Wschodniej. Ale Berlin zauważył też, że wzrosła liczba imigrantów z południowej Europy: + 39% Hiszpanów, + 41% Włochów i + 26% Portugalczyków.

Ksenofobię czeka złoty okres

Co prawda, ci ludzie nie stanowią żadnego zagrożenia dla kraju, który liczy sobie 82 mln mieszkańców, ale świadczy to o niepokojącym trendzie. Po pierwsze kryzys zadłużeniowy, ten szczególnie dotknął południe kontynentu, przyczynił się do pojawienia się napływu imigrantów z południa właśnie, a ta fala przybyszów nakłada się na tę z Europy Wschodniej.

Partie nacjonalistyczne, izolacjonistyczne i antyeuropejskie mają teraz mocniejszą pozycję na scenie politycznej w Europie Północnej i Zachodniej

Po drugie partie nacjonalistyczne, izolacjonistyczne i antyeuropejskie mają teraz mocniejszą pozycję na scenie politycznej w Europie Północnej i Zachodniej. W Wielkiej Brytanii Partia Niepodległości (UKIP) Nigela Farage’a ma coraz większy wpływ na debatę publiczną. Co prawda, nie ma ona swoich reprezentantów w parlamencie, ale wynika to tylko i wyłącznie ze specyfiki większościowej ordynacji wyborczej.

Jak wynika z sondaży, Brytyjczycy mają coraz bardziej radykalne poglądy na ten temat i coraz więcej spośród nich utożsamia się z hasłami głoszonymi przez jeszcze bardziej skrajne ugrupowanie, jakim jest Brytyjska Partia Narodowa (BNP)(4368501). We Francji to partia Le Penów, w której władza jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, FN, przeżywa teraz odrodzenie, co zmusza czasami niektórych ministrów, na przykład Manuela Vallsa, do prowadzenia polityki twardej ręki, m.in. wobec Romów. W Niemczech skrajne tendencje są pod kontrolą dzięki szczególnie drakońskiemu ustawodawstwu odnośnie szerzenia rasistowskich poglądów.

Słowem Europa Anno Domini 2013 bardzo się różni od tej, do której Sofia i Bukareszt entuzjastycznie dołączyły w 2007 r. Nie mówi się już o zjednoczeniu Starego Kontynentu, do którego wreszcie doszło, ani o charakterze cywilizującym demokracji i gospodarki rynkowej. Ale za to ubodzy imigranci (głównie Romowie) z Bułgarii i Rumunii stali się łatwym celem dla gazet polujących na sensacje i tabloidów. Przypomina to trochę sytuację obecnych syryjskich uchodźców w Bułgarii…