„Pisanie o strasznych rzeczach powoduje, że w końcu nadchodzą”, co innymi słowy określamy jako wywoływanie wilka z lasu. W tych trudnych czasach łatwo jest porównać sytuację Europy do losu Michela Simona, czyli piszącego pod tym pseudonimem autora powieści detektywistycznych, który w książce pt. „Drôle de drame” [Zabawny dramat] boi się, że zostanie zamordowany. Przewidywanie europejskich okropności może okazać się siłą sprawczą, która do nich doprowadzi.

„Jeśli mamy mieć Europę zhańbioną, to będzie ona łupem ekstremistów”, ostrzega komisarz UE Michel Barnier. „Najgorsze dla Europy to milczenie i podpieranie murów”.

Na sześć miesięcy przed wyborami europejskimi nie dajmy się zastraszyć przez Marine Le Pen, która trąbi, że je wygra. We Francji, może. Ale na pewno nie w Europie, tak w każdym razie uważa przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Martin Schulz, który to wszystko wielokrotnie przeliczył.

Prawicowi ekstremiści liczą 90 członków. Ale są oni podzieleni: angielscy eurofobii z UKIP zjednoczeni z polskimi populistami (30 miejsc), nie chcą kojarzyć się z przyjaciółmi Marine Le Pen (40 deputowanych), którzy z kolei nie chcą mieć wiele wspólnego z greckimi neonazistami ze Złotej Jutrzenki lub tymi z węgierskiego Jobbik (20 miejsc). Każda z tych grup ma swoich własnych pariasów. Jeśli zaś chodzi o ekstremalną lewicę, to składa się z niezrzeszonych (15–20 członków) oraz przyjaciół Jean-Luc Mélenchona i Die Linke (50 członków). W sumie eurosceptycy reprezentowani są przez co najwyżej 160 deputowanych.

Tą względną odporność frakcji proeuropejskich wśród 764 parlamentarzystów wyjaśnić można po części dyscypliną krajów, które same przeżyły okres faszystowskich dyktatur. Niemcy, Hiszpanie i Portugalczycy nie głosują na skrajności. Czasami są mocno prawicowi, tak jak zwolennicy bawarskiej CSU albo nacjonalistyczni, jak mieszkańcy separatystycznie nastawionych prowincji Hiszpanii, ale nigdy nie wykraczają poza granice akceptowalności. Skończmy z tą niezdrową przyjemnością informowania o tym, co jest w Strasburgu najgorsze. W sumie, ugrupowania proeuropejskie – socjaldemokraci (PSE), Zieloni, liberałowie, chrześcijańscy demokraci (EPP) – będą miały co najmniej 530 miejsc wobec 610 obecnie.

Ryzyko wielkiej koalicji

Te symulacje, oparte na sondażach i wynikach ostatnich wyborów, pokazują również, że nie ma tu nic z przesądy, gdy chodzi o rozkład sił w strasburskim zgromadzeniu – PSE wykazuje tendencję zwyżkową i z 220 miejscami będzie dorównywał EPP. Przegrani będą Zieloni (40 wobec 58 miejsc) i liberalni demokraci (pomiędzy 60 i 70 wobec 85 miejsc). I oto mamy tutaj taki szkopuł – ryzyko, że Strasburg, na podobieństwo Niemiec, będzie zdominowany przez wielką koalicję. Ten sojusz może, siłą rzeczy, utwierdzić w przekonaniu, że wszystko w kwestii Europy jest już rozegrane, co z kolei spowoduje, że bardzo duża liczba obywateli zignoruje te wybory. Liczba głosujących, która w 1979 r., czyli w pierwszym powszechnym głosowaniu do parlamentu europejskiego, wynosiła 62% uprawnionych, w 1999 r. spadła poniżej 50%, a w 2009 r. zeszła do 42,5%.

Dziwne to zachowanie wyborców, którzy głosują coraz bardziej niechętnie, podczas gdy eurodeputowani mają coraz większą władzę. Kiedyś mieli prawo zatwierdzania budżetu pozarolniczej Europy – co było prawie niczym – i podejmowania uchwał w sprawie Grenadynów, jak to zażartował Jacques Delors. Teraz współdecydują w tworzeniu całego europejskiego prawodawstwa.

Oto trzy powody tej obojętności. Pierwszy – Parlament ogranicza się tylko do zatwierdzania lub nieznacznego modyfikowania kompromisów osiągniętych między państwami członkowskimi a Komisją. Drugi – Prawdziwe debaty odbywają się na forach krajowych.

Brak europejskiego demos

I ostatnie wyjaśnienie – Parlament w Strasburgu nie będzie prawdziwym parlamentem, ponieważ nie reprezentuje obywateli Europy. Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe potwierdza to, wyjaśniając, że Maltańczycy są nadmiernie reprezentowani w stosunku do Niemców. Ale dostojni sędziowie, trochę skromności. Przecież wiemy, że izba jest zdominowana przez wielkie niemieckie grupy EPP i PES! Podstawowym problemem jest to, że nie istnieje, przynajmniej na razie „europejski demos” w świadomości obywateli krajów członkowskich. Mieszkańcy Starego Kontynentu nie uznają prawomocności Zgromadzenia, które działa według skomplikowanych podziałów (lewica – prawica , północ – południe, kraje założycielskie – nowi członkowie, itp., itd.). Posłowie podczas głosowania zajmują najczęściej umiarkowaną pozycję, mając na względzie zachowanie europejskiej równowagi, ale uniemożliwia to prowadzenie tradycyjnych demokratycznych sporów, a to znowu dezorientuje ludzi. Dodajmy do tego schizofrenię, na którą cierpią poszczególne partie – europejskie w Brukseli, ale skłonne wybierać na pierwsze miejsca swoich list polityków, którzy w czasie kampanii nie wahają się złorzeczyć na Europę, ile tylko wlezie.

[Były prezydent Francji] Valéry Giscard d’Estaing stwierdził, że popełnił błąd, wymagając, aby od 1979 r. eurodeputowani byli wybierani w wyborach powszechnych. Nie był tutaj bez racji – Parlament Europejski jest nieco oderwany od europejskiej rzeczywistości, od prezentowania interesów narodowych i nie może się przy tym poszczycić swoimi osiągnięciami. Należy go ponownie usadowić na ziemi. W Europie, nie wiemy jak restrukturyzować instytucje. Poprawia się je poprzez rozbudowę. Aby zarządzać polityką gospodarczą i pieniężną w strefie euro, może byłoby słuszne ustanowienie kongresu składającego się z eurodeputowanych i parlamentarzystów krajowych. Takiego zgromadzenia, w którym obywatele mogli by się, być może, rozpoznać.