Zimą 2000 r. kraje Unii Europejskiej nałożyły bezprecedensowe sankcje dyplomatyczne na Austrię, kiedy do rządu w Wiedniu weszła partia ksenofoba Jörga Haidera. Byłem wówczas korespondentem w Brukseli i pamiętam doskonale rytualne rwanie szat, jakie się tam wtedy odbywało.

Pamiętam upokorzonych Austriaków i samego Haidera, który przyjechał do unijnej stolicy, by pokazać, że nie jest żadnym hitlerkiem w karynckim żabociku. W styczniu 2011 r. przewodnictwo w Unii obejmą Węgry, których premierem jest od kwietnia zmierzający ku rządom autorytarnym Viktor Orbán.

Dzięki temu, że ma ponad trzy czwarte głosów w parlamencie i opozycję w rozsypce, we wtorek w nocy przeforsował ustawę kagańcową. Za jej sprawą jego rząd będzie mógł kontrolować i finansowo szykanować wolne media, wykorzystując dowolny pretekst i wpływową radę ds. mediów, którą też ma w ręku.

Wcześniej przejął niemal wszystkie instytucje państwowe, wygrażając nawet Trybunałowi Konstytucyjnemu. Rozwścieczył też Słowaków ofertą węgierskich paszportów dla madziarskiej mniejszości na Słowacji.

Cały komentarz można przeczytać na stronie Gazety Wyborczej