Gdy dramaturg spotka się z politykiem, pewnych kwestii nie da się uniknąć. Ten drugi niemal zawsze czuje się w obowiązku, przedstawienia swojej opinii, jakaż to sztuka teatralna, jego zdaniem, powinna trafić na deski w następnym sezonie.

Ostatnimi czasy politycy bez wyjątku życzą sobie, by „zobaczyć wreszcie sztukę z kryzysem finansowym w roli głównej”. Kilka lat temu pewien polityk przyznał mi się jednak, że chętnie obejrzałby sceniczny utwór na temat integracji europejskiej. A potem spojrzał na mnie wymownie, jakby sprzedał mi właśnie patent na teatralny kasowy sukces.

Naturalnie, nigdy takiej sztuki nie napisałem. Nie tylko dlatego, że o tych kwestiach mam jeszcze mniejsze pojęcie niż ów polityk o teatrze. Integracja europejska jak dotąd nie zainspirowała żadnego dramaturga do napisania wiekopomnego dzieła.

Co nie powinno dziwić, gdyż sztuka przez duże S rodzi się z konfliktu i niezgody na zastaną rzeczywistość. Tam, gdzie wszystko idzie w najlepszym kierunku, artyści nie mają czego szukać. (I dlatego apele o sztuki poświęcone kryzysowi finansowemu nie są wcale tak niedorzeczne.)

Zbyt dobre, by mogło być prawdziwe

Dzięki integracji europejskiej udało się dokonać rzeczy wielkich i nie należy tu szczędzić słów podziwu. Obecnie w Europie nie ma właściwie sprzeczności, które mogłyby stać się zarzewiem konfliktu zbrojnego.

Nie ma wrogich sobie obozów, bloków czy linii podziału. W wielu miejscach zniknęły nawet kontrole graniczne, co jeszcze kilkadziesiąt lat temu wydawało się utopią czystą. Istnieje natomiast wspólna waluta, która nie straci na atrakcyjności i pozostanie magnesem dla wielu krajów, nawet jeśli będą i takie, które miałyby z niej zrezygnować i wrócić do pieniędzy narodowych.

Dyplomy ukończenia szkół i uniwersytetów są uznawane w całej Europie, powoli otwiera się też rynek pracy, tak że niedługo niemal każdy Europejczyk będzie mógł szukać szczęścia na całym kontynencie.

A ponieważ w Europie nie ma konfliktów, można by na poważnie rozważyć pomysł zastąpienia armii krajowych wspólną armią europejską. Bezrobotnych ministrów obrony zapraszam, by składali podania na stanowiska dyrektorów teatrów.

Choć to wszystko tak dobrze wygląda, wciąż jakoś nie mogę dojść do ładu z Europą. O koncepcji „wspólnego europejskiego domu” po raz pierwszy usłyszałem z ust Michaiła Gorbaczowa w drugiej połowie lat 80. minionego wieku.

W imię tej szlachetnej idei Gorbaczow złożył w ofierze swoje imperium. Zezwolił na to, by państwa bloku wschodniego wyrwały się z sowieckiej strefy wpływów, dał też zgodę na zjednoczenie Niemiec i rozszerzenie NATO na wschód.

Niedługo po rozpadzie Związku Radzieckiego trzy byłe republiki radzieckie weszły do Unii Europejskiej. Pozostałym państwom powstałym po upadku ZSRR drzwi do europejskiego domu zatrzaśnięto jednak przed nosem.

Kto mówi, że świat jest sprawiedliwy

Najbardziej skrajne doświadczenia stały się udziałem Ukrainy, która w wyniku pomarańczowej rewolucji w 2004 r. zdołała zrzucić jarzmo rządów autorytarnych. Kijowscy rewolucjoniści wyszli na ulice pod sztandarami ideałów europejskich, niesieni wizją rychłego członkostwa w strukturach unijnych.

Pokojowa walka o demokrację, wolność i poszanowanie prawa – czy można wyobrazić sobie coś bardziej europejskiego? Mimo to Ukraina nie doczekała się jak dotąd nawet obietnicy przyjęcia do UE. Owo upokorzenie dotknęło mnie do żywego, jakbym sam był Ukraińcem.

Często mówi się, że „Europa to sprawa sercowa”. I rzeczywiście, dla ukraińskich rewolucjonistów oraz Gorbaczowa stanowiła ona obiekt westchnień – mimo to drzwi do instytucjonalnych struktur europejskich pozostały dla nich zamknięte.

Tymczasem Duńczycy, Irlandczycy i cała reszta eurosceptyków, którzy opowiedzieli się przeciw projektowi konstytucji europejskiej, z nieznanych powodów musieli w Unii tkwić. A stało się tak po części dlatego, że pytano ich dopóty, dopóki nie udzielili właściwej odpowiedzi.

Z tego względu nie potrafię myśleć o Europie jako o projekcie bliskim memu sercu. Dla mnie to raczej twór biurokratyczny, który niesie jednak sporo pożytków w życiu codziennym. Wystarczy pomyśleć o przywilejach płynących z posiadania statusu „konsumenta europejskiego”.

Bezduszny twór z innej galaktyki

Najpoważniejszą przeszkodą na drodze do wykształcenia się „tożsamości europejskiej” jest język. Każdy przecież doskonale zdaje sobie sprawę, że komunikacja w języku ojczystym stwarza szczególną płaszczyznę porozumienia.

Tymczasem w dającej się przewidzieć przyszłości nic nie wskazuje na to, by Europejczycy byli w stanie porozumieć się między sobą w swych własnych językach. Politycy europejscy przemawiający w językach ojczystych mogą co najwyżej liczyć, że zostaną zrozumiani przez mniejszość obywateli Europy.

A ponieważ język i retoryka to najistotniejsze cechy rozpoznawcze polityków, „eurodecydenci” dla większości Europejczyków zawsze będą obcy, zaś Bruksela pozostanie anonimowym i bezdusznym stworem z innej galaktyki.

Są ludzie, którzy kochają swoje samochody. Inni twierdzą natomiast, że to „tylko przedmioty codziennego użytku”. Tak samo jest z Europą. Dla niektórych może być ona obiektem westchnień. Ale na szczęście dla nas wszystkich – dobrze, że funkcjonuje.