„Strzeż się. Niemcy są brutalni, gdy zwyciężają, ale skomlą i rozczulają się nad sobą w chwili klęski. Grają na histeryczną nutę. Tracą panowanie nad sobą, gdy tylko coś idzie nie po ich myśli […] Niemcy uważają nas za swoich aryjskich kuzynów bo tak samo wyglądamy, ale im bardziej zagłębisz się w niemiecką duszę, tym więcej dopatrzysz się różnic”.

Te cytaty pochodzą z poradnika brytyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych, który otrzymywał każdy żołnierz wkraczający do Niemiec pod koniec wojny. Jak każda tego typu publikacja, zawiera ona opis systemu politycznego – Gestapo, SS, itd. – jak też charakterystykę niemieckiej mentalności czy długość rzek. Kończy się obowiązkowym słowniczkiem podstawowych zwrotów: Przepraszam. Ręce do góry! Ein Wienerschnitzel bitte (sznycel wiedeński proszę).

Mała czerwona książeczka, która na poprzednie Boże Narodzenie została przetłumaczona na niemiecki wciąż znajduje się na liście bestsellerów tygodnika Der Spiegel. Jest ona krzywym zwierciadłem, które otula podmiot kokonem skrajnych stereotypów. Ale jest też zapisem tego z czym mieli zetknąć się alianci w pokonanych Niemczech.

„Niemcy będą wychudzeni i niedożywieni, zmęczeni i proszący, ale za to winić mogą tylko siebie. Bądź dżentelmenem – ale nigdy nie bądź sentymentalny”. W weekend obchodzić będziemy koniec wojny. Ale walka o to, jak nazwać ten dzień toczy się dalej. Dzień Wyzwolenia? Dzień kapitulacji? Dzień oczyszczenia? Katharsis?

W Szwecji mówimy, że jest to święto pokoju. Ale w pozostałych krajach Europy pokój znaczy więcej niż obrzucanie się garściami konfetti na Kungsgatan [głównej ulicy Sztokholmu]. Świat został tam rozszarpany moralnie i materialnie. Nikt nie pozostał bez krwi na rękach. Dla Europy wybiła godzina zero. Niewielu chce wspominać o tym, jak to sprzeniewierzyli się swoim wartościom. Większość woli wyrzucić te reminiscencje na śmietnik niepamięci albo zdeponować je w jakimś niedostępnym archiwum. Cały szalony pomysł wysłania ludzi do obozów koncentracyjnych nie byłby możliwy do przeprowadzenia bez solidnej, a nawet gorliwej współpracy Europy, która utraciła zmysły.

Istnieje pewna różnica pomiędzy obojętnością, tchórzostwem a strachem. Odwaga cywilna nie jest cechą wrodzoną, ale raczej umiejętnością, którą należy ćwiczyć. Wyjątkowo dobry francuski serial telewizyjny Un village français (Francuska wioska) daje nam o tym pewne wyobrażenie.

Podczas gdy niektórzy uważają, że neutralność i niewchodzenie w sojusze jest inteligentną strategią przetrwania, inni postrzegają je jako przyczynę wieczystego wstydu, która budzi bolesne pytanie: Co zrobiłeś? Odpowiedź: Nic! Historię zawsze piszą zwycięzcy. Jeśli chcę być z nimi, muszę ich słuchać. Ale jeśli pragnę być otwartą i zachować wewnętrzną spójność, muszę także zrozumieć myśli pokonanego. I muszę też mieć na uwadze ten bulwersujący fakt, że wznoszono pomniki i pisano historię bez jakiejkolwiek wzmianki na temat kobiet. Myślę o Trümmerfrauen.

O tych kobietach, które po wojnie w gruzach i ruinach porządkowały pobojowiska. O tych, które gołymi rękami sortowały kamienie, przenosiły cegły, czyściły, spychały, rozłupywały. W samym tylko Berlinie było 75 milionów metrów sześciennych gruzu, którego starczyłoby na wzniesienie muru wysokiego na pięć, a grubego na trzydzieści metrów i ciągnącego się nieprzerwanie od Kolonii do Berlina (750 km).

Zapomnijmy o koparkach, które pojawiły się dopiero na początku lat pięćdziesiątych. Zapomnijmy o mężczyznach, którzy albo już nie żyli albo przebywali w obozach jenieckich – jednonodzy, alkoholicy i emocjonalni kalecy. Tak więc kim były Trümmerfrauen – ofiarami czy bohaterkami?

Jedno pewne jest od dawna. Były łupem. Kiedy przybyli wyzwoliciele, wszystko przejęły mocarstwa okupacyjne. Cały Berlin stał się otwartym burdelem. Niedawno opublikowana książka Miriam Gebhardt „Als die Soldaten kamen” (Kiedy przyszli żołnierze) pozbawia nas jakichkolwiek złudzeń, że to tylko rosyjscy żołnierze gwałcili. Niemiecka pycha miała być wybita ze wszystkich niemieckich kobiet przy pomocy najcięższej broni patriarchatu: przemocy seksualnej. Jak Trümmerfrauen będą więc święcić „pokój”?

W Grunewald w Berlinie Zachodnim, jest dom pogodnej starości. We wtorki niektóre z nich spotykają się tam na gimnastykę. Mogę się dołączyć, jeśli zechcę, a potem posilić się kiełbaską i kiszoną kapustą. A i owszem. Ale się boję. Boję się bólu i odoru. Wiem że myły swoje pochwy lizolem, silnym środkiem czyszczącym, aby mocarstwa okupacyjne sądziły, że miały choroby weneryczne.

Wiem, że opiekunowie medyczni mają problem. Jak umyć osobę, której nikt nie ma prawa dotknąć? Której ciało nosi wspomnienia przez wszystkich przemilczane? Jak mówić o bólu, za który winią cię zwycięzcy? Proszę kolegę z dziennika Irish Times, aby mi towarzyszył. Nasza dziedzictwo neutralności – prawdziwej, czy wydumanej – działa jako pewnego rodzaju bilet wstępu. I niemieckie panie zazwyczaj doceniają dobrze wychowanych młodych mężczyzn. I Sylwię Sommerlath [panieńskie nazwisko królowej Szwecji].

Jest kwiecień, i wszystko eksploduje zielenią, gdy parkujemy rowery na Herthastrasse. Dziewięć pań po dziewięćdziesiątce czeka na nas siedząc na krzesłach. Niektóre widzą, niektóre mogą słyszeć, większość nie może chodzić bez czyjejś pomocy. Przewodzi pani Adly, uczestnictwo w zajęciach kosztuje dwa euro, a pieniądze wrzucane są do skarbonki, którą opróżniają raz do roku, aby je wydać na obiad i mały prezent na Boże Narodzenie. Pani Andy puszcza płytę z muzyką Johanna Straussa i zaczyna kreatywny instruktaż od tego, w jaki sposób powinniśmy poruszać naszymi ciałami.

Wznosimy ramiona, one spadają, jak samolot w Alpach, albo jak waluta – mówi. Trzeba uderzyć nieprzyjaciela w podbródek – ciągnie dalej – w ten sposób, raz, a panie machają pocętkowanymi przez starość pięściami w rytm operetki Straussa wydobywającej się z głośnika, Wienerblut – wal!, Wienerblut – wal!

Ogarnia mnie czułość, spoglądam na kolegę z Irish Timesa – siedzi na krześle, dołączając do tej mimiki uderzeń, a oczy ma wyraźnie wilgotne. Niemcy wydają miliony na rzeźby i pomniki. Ale odbudowa Berlina w 1945 r. nie zasługuje na dodatkową emeryturę. Te panie nie są zapraszane na jakiekolwiek uroczystości. Po opłaceniu czynszu mają jeszcze piątaka na życie. Ma się albo na posiłek, albo na autobus, powiada pani Adly.

Czy kiedykolwiek mówisz o „pokoju”, pytam i nie doczekuję się odpowiedzi. „Zostałyśmy pokonane. Siedziałyśmy na ziemi, sortując kamienie”, mówi pani Görlitz. Każdy robił co mógł. Próbuje zapomnieć. Ci, którzy z nazizmu nawrócili się na stalinizm mieli więcej jedzenia. Po wycięciu swastyki flaga stawała się prawidłowo czerwona.

„Nigdy nie potępię młodego człowieka”, mówi pani Kopitz. „Młodzi są żarli i bezmyślni. Przecież nawet mądrzy ludzie nie wiedzieli, jak to się wszystko skończy”. Kiedy one próbują zapomnieć, świat bardzo stara się ożywić wspomnienia. Warto pomyśleć o Trümmerfrauen, co z pewnością uczynię, gdy kanclerz Angela Merkel będzie składała [w Moskwie] wieniec, a Putin będzie się chwalił w „Dzień Pokoju” swoimi rakietami na Placu Czerwonym. Operetki Straussa zawsze już będą wywoływać uśmiech na mych ustach.