W grudniu światowi przywódcy spotkają się w Paryżu na corocznej konferencji klimatycznej ONZ, która w tym roku zbiegnie się z jedenastą sesją Protokołu z Kioto. Będą w niej uczestniczyli prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama i Xi Jinping, przewodniczący Chińskiej Republiki Ludowej. Obrady poprowadzi zaś Laurent Fabius, francuski minister spraw zagranicznych, i najprawdopodobniej ten właśnie fakt okaże się głównym wkładem Europy w toczące się negocjacje.

UE lubi się chwalić tym, że jest liderem w kwestiach zmiany klimatu, ale w istocie rzeczy pełni jedynie rolę pomocniczą. To złe dla działań podejmowanych w celu ochrony klimatu – Europa wciąż pozostaje bowiem jednym z największych emitentów gazów cieplarnianych. Ale to także źle dla „europejskiego projektu”. Zanieczyszczenia nie zatrzymują się na granicach, tak więc polityka ich zwalczania jest dużo bardziej skuteczna w skali całego kontynentu aniżeli w ramach poszczególnych krajów.

Prawdą jest, że w przeszłości Europa inicjowała międzynarodowe negocjacje i ustalała cele. Podpisując w 1997 roku Protokół z z Kioto, UE zobowiązała się do najbardziej radykalnego obniżenia emisji gazów cieplarnianych, przewodziła także światu w tworzeniu ponadnarodowego systemu handlu emisjami (Emissions Trading System – ETS). Ale wprowadzanie w życie dekarbonizacji kuleje, a cena węgla ustalona w ramach ETS tak niska, że system ten ledwo spełnia rolę listka figowego.

Paryskie negocjacje doprowadzą prawdopodobnie do porozumienia. Rządy ogłoszą, że dokonano znaczącego postępu; Organizacje pozarządowe ogłoszą kolejną porażkę; przedsiębiorcy będą wytykać, że w porozumieniu próżno szukać jasnych wytycznych na przyszłość. Paryski szczyt zwołano zgodnie z Ramową Konwencją Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (UNFCCC).

Liczy się skuteczność

Jednak forum ONZ nie jest najlepszym miejscem do ustalania polityki klimatycznej. UNFCCC przyjęła podejście oddolne, tzn. że sygnatariusze (to znaczy UE i jej poszczególne państwa członkowskie) sami deklarują, co są gotowi zrobić w celu zmniejszenia emisji. Dzięki temu prezydent Stanów Zjednoczonych może ratyfikować porozumienie nie czekając na zgodę Kongresu – szanse na to, że amerykański Senat ratyfikuje międzynarodowy traktat klimatyczny są obecnie zerowe.

Prezydent Obama uważa działania służące ochronie klimatu za ważną część swojej spuścizny, tak więc wdraża ambitną politykę klimatyczną i energetyczną. W czasie pierwszej kadencji próbował wprowadzić federalny system ograniczeń emisji i handlu uprawnieniami, ale nie dopiął swego, gdyż Kongres odrzucił jego propozycję. Dlatego sięgnął po Ustawę o czystym powietrzu (Clean Air Act) z 1970 roku, by uregulować emisję zanieczyszczeń z elektrowni.

Ustawa ta została przyjęta w celu zwalczania toksycznych substancji w powietrzu, ale Sąd Najwyższy USA orzekł, iż gazy cieplarniane również zanieczyszczają atmosferę, co oznacza, że mogą podlegać regulacjom wynikającym z Clean Air Act. Na tej podstawie Obama zlecił amerykańskiej Agencji Ochrony Środowiska (US Environmental Protection Agency) podjęcie odpowiednich działań. Kanada i Wlk. Brytania już wprowadziły zakaz budowy nowych elektrowni węglowych pozbawionych systemu do wychwytywania i składowania dwutlenku węgla. Amerykańskie regulacje idą jeszcze dalej, albowiem nakładają ograniczenia także na istniejące elektrownie węglowe, co oznacza, że większość z nich trzeba będzie zamknąć.

Skupiając się bardziej na polityce i jej wdrażaniu niż na wytyczaniu celów, prezydent Obama stał się najskuteczniejszym obrońcą klimatu wśród światowych przywódców. Nadszedł czas, aby UE podążyła jego śladem. Komisja powinna zaproponować rozporządzenie ograniczające ilość gazów cieplarnianych emitowanych przez elektrownie w przeliczeniu na jednostkę wyprodukowanej energii elektrycznej. Następnie Rada i Parlament Europejski powinny je przyjąć.

Listek figowy

W idealnym świecie odpowiednio wysoka cena węgla spowodowałaby zamknięcie elektrowni węglowych (pozbawionych systemu wychwytywania i składowania CO2) i przekierunkowanie środków inwestycyjnych na rozwój niskowęglowych źródeł energii. To byłoby najlepsze rozwiązanie. Jednak nie żyjemy w idealnym świecie. W latach 80. ówczesny szef Komisji Jacques Delors proponował wprowadzenie podatku węglowego, ale jego propozycja została odrzucona przez państwa członkowskie na czele z Wlk. Brytanią powołujące się na jego sprzeczność z zasadą subsydiarności. Wobec tego Unia wprowadziła ETS. Jednak próby wzmocnienia tego mechanizmu i wywindowania ceny węgla zostały zablokowane. Podatki to domena państw narodowych.

Z technicznego punktu widzenia mechanizm handlu emisjami nie jest podatkiem. Ale próby doprowadzenia do zwyżki cen węgla zostały potępione przez polityków krajów eurosceptycznych jako przejaw „pełzającego federalizmu fiskalnego”. Podczas negocjacji, które doprowadziły do przyjęcia w 2008 dyrektywy o handlu emisjami, ówczesny premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown wysłał do Komisji list z ostrzeżeniem, że jej propozycje zbyt przypominają opodatkowanie. I Komisja rozwodniła dyrektywę, a ETS stał listkiem figowym.

W polityce klimatycznej, podobnie jak w każdej innej, nie ma sensu, aby najlepsze acz nieosiągalne stało się wrogiem dobrego i osiągalnego. Wprowadzenie skutecznych przepisów jest sensowniejsze od tęsknoty za wyższą ceną węgla. Unia Europejska znaczne zmniejszyła emisje zanieczyszczeń z elektrowni przy pomocą następujących regulacji: Dyrektywa w sprawie ograniczenia niektórych zanieczyszczeń do powietrza z dużych obiektów energetycznego spalania (Large Combustion Plants Directive, LCP), Dyrektywa w sprawie zintegrowanego zapobiegania zanieczyszczeniom i ich kontroli (Integrated Pollution Prevention and Control Directive, IPPC) oraz Dyrektywa w sprawie emisji przemysłowych (Industrial Emissions Directive, IED).

Ostatnia z nich powinna być zmieniona tak, aby określała limit emisji – pułap dozwolonej ilości gazów cieplarnianych w przeliczeniu na jednostkę wytworzonej energii elektrycznej. To w istotny sposób zmniejszyłoby zanieczyszczenia.

Mogłoby również spowodować, że wiele elektrowni opalanych węglem lub gazem zacznie wychwytywać i składować dwutlenek węgla. W 2008 roku UE obiecała, że 10–12 takich elektrowni zacznie funkcjonować przed 2015 r. A tymczasem nie ma ani jednej. Wniosek jest oczywisty. Czas obietnic i celów się skończył, przyszła pora na działanie.