Fakt ten przeszedłby zapewne niezauważony, gdyby na szczycie unijno-tureckim 7 marca premier Turcji nie przysporzył Europejczykom kolejnego zmartwienia. Chciał mianowicie zjeść i mieć ciasto, przy czym owym ciastkiem było przejęcie przez tureckie władze agencji informacyjnej Zaman zaledwie na dwa dni przed „szczytem w sprawie azylantów”.

Taktyka twardej ręki, by nie powiedzieć wprost szantażu, była śmiała. Ankara wysłała Europie sygnał: „Dyktujemy warunki od jesieni, a wy musicie się do nich dostosować: podwajając uzgodnioną wcześniej pomoc finansową w wysokości 3 mld euro w zamian za przyjęcie z powrotem uchodźców z Grecji, wznawiając negocjacje w sprawie tureckiego członkostwa, likwidując obowiązek uzyskania wizy Schengen, tak szybko jak to możliwe, dla 78 mln tureckich obywateli. A jeśli chodzi o przestrzeganie praw człowieka, to nic wam do tego!”

Europejczycy sami postawili się w niezwykle trudnej sytuacji, kiedy to doszli do wniosku, że Turcja będzie w stanie powstrzymać napływ imigrantów do zachodniej Europy przez Bułgarię i Grecję. Przekonanie takie utrwaliło się podczas letnich wakacji. Pod wpływem poleceń płynących z Berlina, Komisja Europejska uległa. Jej przewodniczący Jean-Claude Juncker oświadczył, że sprawa uchodźców jest priorytetowa, a wszystko inne, w tym powszechne łamanie praw człowieka w przyszłym kraju członkowskim Unii, schodzi na dalszy plan.

Stawka była wysoka. Ankara zwiększyła nacisk, gdy Europejczycy z Angelą Merkel na czele znaleźli się w potrzebie. Turcja wprowadziła garść powierzchownych rozwiązań mających stworzyć wrażenie, że zatrzyma napływ imigrantów do Europy, ale oczywiście w niczym nie zmieniły one sytuacji.

Liczby mówią same za siebie. O ile w 2015 r.przez Morze Egejskie przedostało się do Grecji 885 tys. uchodźców, o tyle w pierwszych dwóch miesiącach tego roku przez dziury w tureckiej sieci przeniknęło ponad 120 tys. Dziury te powinny zostać załatane jeszcze przed szczytem poświęconym imigracji 29 listopada 2015 r..

Niestety, nie można zatrzymać ludzi zagrożonych lub obawiających się o swoje życie. Chyba że chcemy wznieść bariery nie do pokonania, takie jakie oddzielają Koreę Północną od reszty świata. Nie ma wątpliwości, że Syryjczycy mają w Turcji lepiej niż w domu, nawet jeśli nie widzą tu dla siebie przyszłości. Jednak oprócz dobrej woli i serdecznego przyjęcia, Turcja ma im niewiele do zaoferowania.

Należy podkreślić, że kraj ten ma niewielkie doświadczenie w kwestii przyjmowania uchodźców. Turcja wprowadziła samoograniczającą klauzulę geograficzną do Konwencji Genewskiej z 1951 r. przez co pozbawiła się szansy wykształcenia instytucji zajmujących się przyznawaniem azylu politycznego, co pozwoliłoby jej sprostać masowemu napływowi uchodźców. W rezultacie pojawił się „przemysł” sprawnie przerzucający ludzi wzdłuż tureckiego wybrzeża, który, jak się szacuje, wart jest kilka miliardów euro. Farmerzy porzucili pola oliwek, by zająć się tym nowym źródłem dochodu. Czegoś takiego nie da się ukrócić z dnia na dzień.

Cóż więc teraz? Obie strony radośnie wierzą w cuda, a uchodźcy dalej przeprawiają się przez morze. Europejczycy uwierzyli w mit tureckiej skuteczności, zgadzając się na morskie patrole NATO, nawet jeśli nie bardzo wiadomo, kogo mają one zniechęcać i do czego. Z drugiej strony, Ankara pielęgnuje marzenie o „wolnej od wiz Europie”, które jest kluczowym argumentem za ponownym wyborem Recepa Tayyipa Erdoğana i sposobem na zaspokojenie jego żądzy władzy absolutnej.

Desperacko poszukując rozwiązania kryzysu migracyjnego, Europejczycy nie zauważyli, jak Turcja osuwa się powoli w faszyzm. Obserwujemy to od protestów w Parku Gezi w maju i czerwcu 2013. Proces ten przyspieszyły [oskarżenia o korupcję] wobec prominentnych polityków z grudnia tego samego roku.

Od 2013r. Turcja rządzona przez Erdoğana wpadła w spiralę przemocy i autorytaryzmu, w której każde złamanie prawa domaga się jeszcze bardziej jaskrawego jego naruszenia, tak by można było przykryć poprzednie. Przykrywki te mogą mieć postać metaforyczną, jak i materialną, tak jak w przypadku ograniczania przez rząd wolności słowa. W Turcji nie ma już praktycznie na nią miejsca, a Zaman jest jedynie ostatnią ofiarą czarnej serii przejęć gazet i stacji telewizyjnych przez władze. Także media społecznościowe są systematycznie represjonowane od 2013 r.

Niskie oceny Turcji w globalnych rankingach wiele mówią o sytuacji w kraju. Jeśli chodzi o wolność słowa i wypowiedzi, Freedom House umieszcza Turcję w grupie państw „niewolnych”. W kategorii swobód w internecie jest niewiele lepiej: Turcję zakwalifikowano do kategorii „częściowo wolne”. W rankingu organizacji Reporterzy Bez Granic Turcja znalazła się na 149 miejscu na 180 krajów, za Nigrem, Liberią, Zambią, Mali i Zimbabwe.

A mówimy tylko o wolności mediów. Gdy weźmiemy pod uwagę prawa podstawowe ujęte w Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, jest równie źle – wystarczy wspomnieć o wojnie domowej trwającej w tureckim Kurdystanie. W rzeczy samej, Ankara znalazła się na szczycie listy krajów najczęściej pozywanych przed Europejski Trybunał Praw Człowieka.

Reasumując, niemoralne porozumienie, które Europejczycy z Niemcami na czele mają nadzieję zawrzeć z Turcją, będzie miało tylko jeden pozytywny skutek: na zawsze pogrzebie starania Ankary o członkostwo w Unii. Mówienie o wznowieniu negocjacji z Brukselą jest wyłącznie politycznym piarem, albowiem Turcja nie spełnia żadnych kryteriów członkowskich, zwłaszcza jeśli chodzi o przestrzeganie praw człowieka. Ignorując przypadki ich łamania przez Turcję oraz kontynuując dwustronne dyskusje, Europa traktuje Ankarę jako państwo spoza Wspólnoty, a nie przyszłego jej członka. Sama Turcja przestała się już przejmować zobowiązaniami wynikającymi z przestrzegania demokratycznych wartości.

Z drugiej strony, porozumienie zawiera pewne pułapki, o których przekonamy się już wkrótce. Zamiast powstrzymać Syryjczyków (nawet za cenę przymykania oka na łamanie praw człowieka), Europejczycy będą musieli wkrótce przyjąć tureckich i kurdyjskich uchodźców uciekających przed prześladowaniami.