Tunezja, Egipt, a teraz Libia. Od dwóch miesięcy Unia Europejska ma do czynienia z falą protestów w świecie arabskim i zastanawia się, jakie będą tego konsekwencje i jak powinna była się teraz zachować. Przy czym tym razem brutalne represje reżimu Muammara Kaddafiego przeciwko własnemu narodowi nadają temu zagadnieniu tragiczny wymiar.

„‘Rewolucje są parowozem dziejów’, napisał przed 160 lat niejaki Karol Marks. Piękny obrazek. Zwłaszcza gdy patrzy się na Europejczyków, którzy w tych dniach uczestniczą w burzliwej podróży świata arabskiego, zajmując miejsca w trzeciej klasie w ostatnim wagonie”, [pisze Der Standard](http:// http://derstandard.at/1297818587734/Schwarzfahrer-im-letzten-Wagon). Do tej pory nie było ich stać na nic lepszego aniżeli deklaracje wyrażające zaniepokojenie. [Ale] w przypadku Libii ta retoryka podszyta konsternacją już nie wystarczy”.

Co jest gorsze – dżuma czy cholera?

Energetyka, handel, partnerska współpraca w celu zablokowania szlaku imigrantów nadciągających z południa – wiedeński dziennik wylicza wiele przejawów uzależnienia Europy od reżimu Kaddafiego. I stwierdza, że Europie trudno jest bronić swoich interesów w tym obszarze, zwłaszcza że nie ma ona finansowych ani militarnych środków nacisku, ani nawet skoordynowanego podejścia w tej kwestii.

Plan Marshalla dla południowego wybrzeża Morza Śródziemnego, o którego przyjęcie zabiegał włoski minister spraw zagranicznych Franco Frattini, przyniósłby efekty dopiero w dalekiej przyszłości, tak samo zresztą jak miliardy Catherine Ashton, z którymi przyjeżdża do poszczególnych krajów. Odnosi się to również do Algierii lub Maroka, gdzie w grę wchodzą podobne interesy. „Jeżeli konduktor w tym pociągu poprosi Europejczyków o pokazanie biletu, to będą oni musieli przyznać się, że zabrali się w tę podróż na gapę. Jest to nie tylko krępujące. Polityczny rachunek, jaki się im wystawi, będzie bardzo słony”, ocenia Der Standard.

Faktem jest, że Europejczycy są postawieni w sytuacji niemającej rozwiązania, stwierdza Gazeta Wyborcza. W przypadku Libii są skazani, aby rozstrzygnąć, „co jest gorsze – dżuma czy cholera?”, zauważa warszawski dziennik. „Czy popierać dalej oswojonego terrorystę, jakim jest Muammar Kaddafi, żyjąc w być może w złudnym przekonaniu, iż po wprowadzeniu w życie garści reform demonstranci rozejdą się do domów i zamiast zamordyzmu nastanie tam pluralizm? A może postawić na nim kreskę? (…) I wesprzeć, finansowo, a może i militarnie, jego przeciwników? (…) Europa jest w kropce. Z jednej strony nie może patrzeć z założonymi rękami, jak wynajęci przez pułkownika najemnicy strzelają w plecy niewinnych żałobników. Z drugiej zaś wszyscy obawiają się, że dziura po Kaddafim jest gorsza niż on sam”.

Każdy kryzys wywołuje wahania wśród krajów UE

„Problem w tym – dodaje Gazeta Wyborcza – że nicnierobienie jest jeszcze gorsze. A arabskie rewolucje to największe wyzwanie dla UE od czasów rozpadu Jugosławii. (…) To wielki sprawdzian pozycji Europy w świecie i okazja, by wykorzystać jej soft power, czyli miękką siłę, sztukę perswazji, dialogu, zachęty do demokratycznych przemian w zamian za pomoc ekonomiczną i polityczną. Dlatego właśnie Europa (…) powinna wyjść z programem partnerstwa i pomocy dla zrewoltowanego regionu”.

Na początek UE powinna „ogłosić nowe reguły gry, zanim zacznie się kolejna masakra”, zaleca na łamach El País Jordi Vaquer, szef Fundacji CIDOB, think tanku zajmującego się badaniem stosunków międzynarodowych. UE powinna zareagować „zamrożeniem wszystkich umów, gdy tylko pojawią się pierwsze podejrzenia dotyczące możliwości systematycznego użycia siły” wobec ludności oraz „zamrożeniem kont bankowych wszystkich osób piastujących ważne stanowiska” w tych reżimach, jak też „odwołaniem ambasadorów na konsultacje, przerwaniem wysyłki wszelkich materiałów, które mogą być wykorzystane do stosowania represji, i pomocą w osądzeniu tych, którzy popełnili zbrodnie przeciwko ludzkości”.

Niestety, jak zauważa Jordi Vaquer, „każdy kryzys wywołuje wahania wśród krajów UE”, bo „podobnie, jak Libia jest bardzo ważna dla Włoch, tak samo Maroko jest istotne dla Hiszpanii, Algieria dla Francji, Oman dla Wielkiej Brytanii albo Jordania dla krajów zaprzyjaźnionych z Izraelem, takich jak Niemcy”. A jednak, jak przekonuje szef think tanku, „tylko z góry uzgodnione stanowisko, automatycznie zastosowane wobec każdego rządu, który rozkręciłby spiralę brutalnych represji, może wyciągnąć Europę z jej wstydliwego paraliżu”.

Za stosunek do Kaddafiego nie można winić samego tylko Berlusconiego

Ale trzeba jeszcze, aby państwa zgodziły się, czy też w ogóle były w stanie to zrobić, przezwyciężyć swoje sprzeczności. A w przypadku Libii to na Włochy spada główna odpowiedzialność „W Europie nazywa się to schizofrenią z ulicy Froissart”, pisze La Repubblica. Rzymski dziennik opisuje, jak to przy wejściu do siedziby Rady Europejskiej włoscy przedstawiciele wygłaszają oświadczenia utrzymane w życzliwym tonie wobec atakowanych dyktatorów. By potem w Radzie przegłosować wraz z innymi potępiające ich rezolucje. Było tak już w przypadku Mubaraka i Łukaszenki, a teraz to samo dzieje się w związku z Kaddafim. Włochy musiały wprawdzie podżyrować potępienie represji w Libii, sprzeciwiając się zarazem sankcjom wobec Trypolisu zaproponowanym przez Finlandię”.

A jednak, o czym przypomina La Stampa, „za stosunek do Kaddafiego nie można winić samego tylko Berlusconiego. Libia jest partnerem handlowym, którego hołubiły wszystkie włoskie rządy. W Libii mamy swoich ludzi i pieniądze, jesteśmy uzależnieni od Libii w dziedzinie energetyki, handlu i inwestycji. Upadek Kaddafiego mógłby być równie dobrze upadkiem systemu także dla nas samych”.