Gdy się o tym mówi, robi to oczywiście pewnie wrażenie. Ale trudno znaleźć lepsze słowa niż to, że szykujemy się do wojny.

W przypadku Włoch – jedną podobną mają już za sobą – jest to coś w rodzaju drugiej wojny libijskiej (pierwsza z lat 1911-12 zapewniła Włochom panowanie nad dzisiejszą Libią).

Ot taki szyderczy grymas historii, gdy samoloty C-130 gorączkowo przeprowadzają równoległe ewakuacje – wywozi się Tunezyjczyków z Lampedusy oraz Włochów z Trypolisu, bo teraz po obu stronach tego małego zakątka na Morzu Śródziemnym każdy, kto tylko może, rzuca się do ucieczki i ani myśli o powrocie.

Okręty wojenne kierują się w stronę Cieśniny Sycylijskiej, aby przyłączyć się do małej floty, która już tam pływa. A równocześnie we wszystkich bazach lotniczych ogłoszono najwyższy stopień alarmu. Szykujemy się, a co.

Tymczasem trzeba lustrować morze w oczekiwaniu na nieprzyjaciela. Tyle że coś jest nie tak z tą wojną, bo przecież ta armada łajb wypełnionych nielegalnymi imigrantami nie może być wrogiem z prawdziwego zdarzenia.

W nocy z wtorku na środę, przy stanie morza 5 w skali Beauforta, kolejnych 250 uchodźców dotarło na Lampedusę, przebyli 60 mil morskich z miasta Sfax w Tunezji, czyli połowę dystansu dzielącego ich od wybrzeży Sycylii.

Dzień wcześniej, mimo burzy i floty postawionej w stan najwyższej gotowości, niektórzy zdołali nawet postawić nogę na lądzie, podsuszyli ubrania, włożyli buty i skierowali się do pierwszego napotkanego baru, żeby zjeść coś ciepłego.

W ośrodku dla nielegalnych imigrantów – który dopiero co został opróżniony – po raz kolejny przekroczono dopuszczalną liczbę tysiąca osób, a to i tak tylko połowa tych, którzy byli w ubiegłym tygodniu, a było 2500 osób.

Tak dłużej być nie może

Nielegalni imigranci masowo napływają i wyjeżdżają i jest oczywiste, że taka sytuacja nie może dłużej trwać. „Zwłaszcza jeśli morze się uspokoi”, mruczy Cono Callipò, dyrektor ośrodka.

„Bo jeśli morze się uspokoi, a Kaddafi się podda, wszystko, co widzieliśmy do tej pory, będzie niczym w porównaniu do tego, co nas czeka”.

A na Lampedusie wystarczająco dużo już się wydarzyło.

Na głównej ulicy i mniejszych uliczkach w centrum wciąż pełno Tunezyjczyków, którzy tłoczą się w barach, supermarketach i przede wszystkim w niewielkich sklepach, gdzie mogą naładować swoje telefony komórkowe.

Przyjęta postawa (to znaczy decyzja, aby nie zamykać imigrantów w ośrodku) do tej pory okazywała się najlepsza: ale po upływie tygodnia ta strategia zaczyna już wystawiać cierpliwość wyspiarzy na ciężką próbę.

W wielu barach kawę podaje się teraz w papierowych kubeczkach, bo – jak wyjaśniono nam w Barze Przyjaźni należącym do starego Don Pino „tutejsi klienci odmawiają picia z filiżanek, z których oni wcześniej pili”.

Dzieci już prawie nie wychodzą z domu, wszystkie drzwi są zamknięte na cztery spusty, małe dziewczynki są prawie zawsze odprowadzane przez kogoś dorosłego, choćby miały przejść tylko sto metrów.

Cierpliwość mieszkańców się kończy, a równocześnie w głowach kołaczą im się liczby, których mogą się nasłuchać przez cały dzień. Napływające to z Rzymu, to znów z Brukseli. Dziesiątki tysięcy. Sto tysięcy. Być może nawet trzysta tysięcy.

Szacunki są zmienne, ale nawet te najbardziej optymistyczne są synonimem katastrofy. Dino De Rubeis, rosły burmistrz Lampedusy, komentuje: „Widzieliście sami, jesteśmy tutaj i nigdy się wyłamaliśmy. Ugościliśmy ich wszędzie, gdzie się dało, spędzaliśmy całe noce na molo, częstowaliśmy ich papierosami… Ale Lampedusa sama sobie nie poradzi. Potrzebujemy pomocy”.

Dziwna wojna

Dino De Rubeis wykrzywia twarz, gdy docierają doń wieści z depesz agencyjnych, większość z nich uważa za złe: wysoki komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw uchodźców apeluje, aby „imigranci nie byli odsyłani”;

Unia Europejska domaga się od Włoch rezygnacji z pomysłu przerzucania osób pochodzących z Maghrebu gdzieś na kontynent, włoski rząd, nie wiedząc już teraz, w którą stronę się obrócić, rozważa utworzenie gigantycznych miasteczek namiotowych na Sycylii. Ludzie obserwują horyzont, przyzywając złą pogodę.

Ich prośby o wzburzone morze i wiatr o sile w porywach do 40 węzłów zostały wysłuchane i, jeśli chodzi o warunki do lądowania, Lampedusa przypominała wczoraj Normandię ze szkwałem z północnego-zachodu, zacinającym zimnym deszczem i lodowatym wiatrem – taką pogodą, że psa nie wygoń.

Co jest dobre, gdy się myśli o wojnie, jest złe dla samej wyspy – już od dwóch dni statek, który dostarcza zaopatrzenie z Porto Empedocle, nie może wypłynąć w morze.

Nie lepiej wygląda sytuacja z samolotami, wczoraj z powodu złej pogody odwołano dwa loty, które miały przerzucić grupę imigrantów. Oto jak się rzeczy mają na przyczółku Włoch i Europy w oczekiwaniu na zapowiedzianą inwazję z Maghrebu.

W barach i niewielkich restauracjach, gdzie ludzie schronili się przed deszczem i wichrem, wymienia się najbardziej fantastyczne historie i anegdoty.

Myślimy o tym, co się stało w połowie lat 80., gdy Kaddafi wystrzelił dwie rakiety na bazę LORAN [Long range navigation, systemu radionawigacji posługującego się radiolatarniami naziemnymi] na Lampedusie, chybiając celu o wiele kilometrów.

I o rozmaitych osobliwościach tej wojny, która łączy się z innym trwającym od dawna konfliktem pomiędzy rybakami z Mazara del Vallo a motorówkami libijskiej i tunezyjskiej straży przybrzeżnej.

Statek rybacki, który w nocy z wtorku na środę uratował czterdziestu dryfujących uciekinierów z Maghrebu, nazywa się „Blask Księżyca”. Dokładnie rok temu ten sam „Blask Księżyca” został skontrolowany i przejęty przez łodzie patrolowe Kaddafiego za wdarcie się na libijskie wody terytorialne… Ta wojna, w sumie, nie jest nowa.