Jest to „bardziej europejska wojna”, stwierdza na łamach El Paísredakcyjny komentator Xavier Vidal-Folch, w opinii którego, podobnie jak było to w przypadku Kosowa w 1999 r., „działania przeciwko Libii zostały podjęte w momencie, gdy zachodnia opinia publiczna znalazła się w punkcie bez odwrotu ze względu na racje humanitarne: europejskie sumienie nie mogło już po prostu dłużej tolerować masakr dokonywanych tuż bok”. Ale wojna w Libii „jest w większym stopniu improwizacją” i „ma wszelkie błogosławieństwa” Rady Bezpieczeństwa ONZ. Ta „ścisła legalność w świetle prawa międzynarodowego jest kluczem, który odróżnia ‘wojnę sprawiedliwą’ od takiej, która nią nie jest”.

„Świt odysei odpowiada w dużej mierze definicji wojny sprawiedliwej, o której mówili Cycero [i] św. Tomasz z Akwinu”, zdaje się mu wtórować w Rzeczpospolitej komentator Marek Magierowski, według którego „dzisiaj muzułmanie sprzymierzają się z niewiernym Zachodem, by obalić niebezpiecznego szaleńca”.

Zdaniem România Libera chodzi przede wszystkim o „wojnę à la française”. Dziennik podkreśla, że Nicolas Sarkozy wykluczył NATO ze „spektaklu”, bo francuski prezydent „musi nade wszystko przywrócić prestiż Francji w świecie arabskim – Paryż jest oskarżany o to, że zajmował zbyt przyjazne stanowisko wobec niektórych dyktatorów. Po drugie potrzebuje on przystąpienia do koalicji jak największej liczby krajów arabskich, aby nadać legitymizację ofensywie, która nie powinna przypominać ataku na Irak. I wreszcie, Sarkozy potrzebuje tej wojny, tak jak niegdyś konfliktu w Gruzji [w 2008 r.], aby poprawić swój wizerunek w perspektywie kolejnych wyborów prezydenckich”.

Ale, jak zauważa jeszcze Xavier Vidal-Folch w El País, „w przeciwieństwie do sytuacji w Kosowie, Francja odgrywa obecnie główną rolę, gdy tymczasem Niemcy jawią się jako polityczny karzeł. (…) Obserwujemy nową fazę ciągłego równoważenia relacji między niemiecką potęgą gospodarczą, która objawiła się w czasie kryzysu euro, a francuską biegłością polityczną, wyrażającą się także poprzez siłę militarną”. A konkluzja brzmi: „O ile Kosowo wzmocniło stabilność na Bałkanach, to Libia powinna stworzyć podstawy do przemyślenia i wznowienia procesu eurośródziemnomorskiego, który Paryż wcześniej podkopał”.

Natomiast w ocenie De Standaard najbardziej optymistyczny scenariusz wygląda tak, że „Kaddafi sam rzuci ręcznik”, chociaż wydaje się to bardzo mało prawdopodobne, zważywszy na deklaracje, jakie złożył on w miniony weekend. Brukselski dziennik wspomina o możliwości podziału Libii, jeżeli celem jest „ochrona libijskiej ludności przed wojskami Kaddafiego”. Jeśli zaś celem ma być zmiana reżimu, to nasuwa się pytanie, czy można to osiągnąć bez użycia wojsk lądowych.

Inny belgijski dziennik De Morgen wspomina z kolei ile „cynizmu” jest w tym, jaki obrót przybiera ta enta „wojna o ropę”. Kiedy tylko „nowe władze (…) zagwarantują Francji dostawy libijskiej ropy, a Włochom gazu”, to „cel wojny zostanie osiągnięty”, dodaje Dziennik Gazeta Prawna, w opinii którego innym celem jest „unicestwić władzę dyktatora”. Dyktatora, który jeśli „nie zginie wskutek nalotów, powiesi go partyzancki rząd”, przepowiada polski dziennik.

Na razie „pułapka zamyka się wokół Kaddafiego”, jak pisze w tytule dziennik Le Figaro, który ostrzega, że „ta wojna będzie w pełni aprobowana tylko wówczas, gdy będzie wygrana. Aby uniknąć ugrzęźnięcia i ryzyka podziału kraju, trzeba, aby powstańcy wykorzystali udzieloną im pomoc do zorganizowania się, przygotowania własnego natarcia i zainstalowania nowego reżimu w Trypolisie. Otrzymają oni wówczas jak najsilniejsze poparcie. Pozostaje żywić nadzieję, że będą do tego zdolni”.

Stanowisko to podziela Gazeta Wyborcza, w ujęciu której „interwencja w Libii to dowód, że dla społeczności międzynarodowej wciąż ważniejsze jest prawo ludzi do życia i bezpieczeństwa niż prawo dyktatora do tego, by nikt nie mieszał się w wewnętrzne sprawy jego kraju”.

Pomimo sprzeciwu Ligi Północnej i początkowej ostrożności, jaką Silvio Berlusconi zachowywał względem swego nie tak dawnego „przyjaciela” Kaddafiego, Włochy w końcu włączyły się aktywnie w działania koalicji. Na łamach Corriere della Sera Angelo Panebianco twierdzi, że Włosi „są najbardziej narażeni, nie tylko pod względem gospodarczym, ale też fizycznie”. Są najbliżej, czego potwierdzeniem było zatrzymanie 20 marca ich cywilnego statku przez uzbrojonych Libijczyków.

Obawy są uzasadnione: podczas gdy w Libii trwają operacje militarne, na pobliskiej włoskiej wyspie Lampedusa zaostrza się kryzys humanitarny. La Stampa relacjonuje, że ponad 5 tysięcy imigrantów jest stłoczonych w tamtejszych ośrodkach, a w zbudowaniu tymczasowego obozu, który miałby pomieścić przybyszów, przeszkodzili (niewiele liczniejsi) mieszkańcy, żądając ich natychmiastowego przewiezienia na kontynent.