W libijskiej wojnie nie chodzi tylko o Kaddafiego. Rezultaty starcia będą odbijać się echem po całym Bliskim Wschodzie jeszcze przez dziesiątki lat. Wpłyną też na całokształt stosunków międzynarodowych. Stawką w tej grze jest bowiem pytanie, jaka ma być ich podstawowa zasada.

Ci, którzy popierali interwencję wojskową, przekonani są, że walczą nie tylko o to, by zapobiec masakrze, ale także o to, by wyznaczyć szlak na przyszłość. Chcą pokazać, że skończyły się czasy, kiedy to dyktatorzy mogli zrobić z podległymi im obywatelami, co tylko zechcą.

„Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że wreszcie uznano obowiązek interweniowania”, stwierdził francuski filozof Bernard Henri-Lévy, który odegrał ważną rolę jako łącznik między prezydentem Nicolasem Sarkozym a libijskimi rebeliantami.

Publicysta The New York Times Nicolas Kristof uderza w podobne tony. „Światowe potęgi mają prawo i obowiązek podejmowania interwencji, gdy jakiś dyktator eliminuje swoich własnych współobywateli”, przekonuje Kristof. Taka koncepcja została przez ONZ przyjęta sześć lat temu. Komentator NT pisze, że interwencja w Libii pokazuje, że „młoda jeszcze koncepcja ma jednak zęby”.

Dobrze byłoby gdyby doktryna „obowiązku obrony” („Right to Protect”, nazywana kolokwialnie R2P) rzeczywiście nie pozostała na papierze. Teraz, gdy rebelianci przechodzą znów od ofensywy na libijskim wybrzeżu, zwolennicy interwencji mają powody do radości.

Misjonarski zapał Zachodu

Tyle że wojna w Libii, zamiast zwiastunem nowej ery, może być jej podzwonnym. Gorzka prawda jest taka, że zachodnie potęgi, które najbardziej rwą się do interweniowania, wkrótce nie będą miały ani siły gospodarczej, ani poparcia opinii publicznej pozwalających na podobne ruchy w przyszłości. Tymczasem kraje, które wyrastają na nowych liderów – między innymi Chiny, Indie czy Brazylia – są co do podobnych pomysłów bardzo sceptyczne.

Za interwencją w Libii głosowały zgodnie Wielka Brytania, Francja i Stany Zjednoczone. Ale tak zwana grupa BRICS – Brazylia, Rosja, Indie i Chiny – się wstrzymała. Żadne z tych państw nie jest szczególnie zainteresowane Kaddafim. Ale każde zdaje sobie sprawę, że w całej grze niewiele jest do zyskania, a wiele do stracenia.

Interwencja oznacza wydatki, straty w ludziach i ryzykowanie międzynarodową pozycją. Państwa te instynktownie koncentrują się na długoterminowym budowaniu swojej gospodarczej siły. Nie wtrącają się w sprawy innych. Masakra w Libii? To z pewnością okropne. Ale Bengazi znajduje się wiele kilometrów od Pekinu czy Brasilii.

Są oczywiście wyjątki. „Przeciw” były Niemcy. Ale Berlin, gdy taką decyzję podejmował, postawił się poza głównym nurtem zachodniej polityki. Z drugiej strony, RPA, która w zeszłym miesiącu uczestniczyła w szycie państw BRIC, poparła interwencję. W chwilę później z Kapsztadu dało się jednak słyszeć ostrą krytykę bombardowań.

Ogólnie więc wszystko się zgadza. Stare siły Zachodu są jak misjonarze – mają ochotę naprawić świat. Nowe potęgi są bardziej ostrożne i egocentryczne.

Tyle że te pierwsze państwa mają duży kłopot – kurczące się zasoby. Brytyjczycy ogłosili niedawno potężne cięcia wydatków na obronę, a Francuzi borykają się z deficytem budżetowym i mają problemy z utrzymaniem swojego państwa opiekuńczego.

Niechętni Amerykanie

Wspomnieć też trzeba o wyraźnej niechęci Amerykanów do pomysłu interwencji. Prezydent Barack Obama i jego generałowie zdają sobie sprawę, że czasy, gdy Ameryka mogła sobie pozwolić na wszystko, dawno już minęły.

Admirał Mike Mullen, z kolegium sztabów połączonych wojsk USA, oświadczył, że największe zagrożenie dla bezpieczeństwa Stanów to deficyt budżetowy. Poza tym po Iraku i Afganistanie poparcie opinii publicznej dla działań ekspedycyjnych ma swoje granice.

Rzecz jasna, jeśli operacja w Afryce zakończy się szybkim sukcesem, Kaddafi zostanie obalony, a na ulicach Trypolisu pojawią się wiwatujące tłumy, liberalny interwencjonizm zyska na popularności. Każda udana operacja zwiększy popyt na kolejną. Potencjalnych celów nie brakuje.

Już teraz podnosi się tę kwestię, gdy idzie o wydarzenia w Syrii, gdzie rząd strzela do obywateli. Ale im większy będzie popyt, tym bardziej widoczny będzie rozdźwięk między ambicjami a możliwościami państw zachodnich.

Kiedyś wyrwa ta może zostać zapełniona. Państwa bloku BRICS i inne rozwijające się kraje mogą zmienić zdanie co do liberalnego interwencjonizmu. Ale na razie mało co na to wskazuje.

Instynkt globalnego myślenia

Chiński rząd, wciąż pamiętający wydarzenia na placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 r., bardzo niechętny jest koncepcji mówiącej, że inne państwa mają prawo naruszać czyjąś suwerenność w obronie praw człowieka. To samo dotyczy Rosji, która ma na sumieniu Czeczenię.

Indie, Brazylia i Południowa Afryka to państwa demokratyczne. Strzelanie do obywateli nikomu nie przychodzi tam do głowy. Ale kolonialna przeszłość sprawia, że podejrzliwie patrzą na motywy państw Zachodu, które próbują interweniować na całym świecie. Poza tym kraje te dopiero dołączają do czołówki i nie nauczyły się jeszcze myśleć globalnie.

Z kolei Wielka Brytania i Francja zachowały instynkt globalnego myślenia, ale nie mają już zasobów, które mogłyby to myślenie podeprzeć. Nawet największa światowa potęga militarna, Stany Zjednoczone, wyraźnie wysyła sygnały, że nie ma już ochoty grać roli międzynarodowego żandarma.

W czasach królowej Wiktorii na Wyspach popularna była pewna piosenka: „Nie chcemy się bić, lecz gdy przyjdzie nam walczyć, to mamy statki i żołnierzy, a znajdą się też pieniądze”. Wydaje się, ze operacja libijska to ostatnia próba odświeżenia tej śpiewki, a nie odważne otwarcie nowej ery.