Kolejny rok i kolejne zderzenie polityki i gospodarki. Niemal dokładnie rok temu, o 10 rano w poniedziałek, przywódcy unijni zrobili krok, który w owym czasie wydawał się bardzo odważny – miał nas zbliżyć do pełnej europejskiej federacji na płaszczyźnie politycznej. Krok ten wydawał się większy nawet niż wprowadzenie w 1999 wspólnej waluty.

Chodzi o stworzenie funduszu (750 miliardów), którego gwarantami są wszyscy obywatele Wspólnoty. Fundusz ten miał bronić inne państwa członkowskie przed koniecznością wyboru, jaki miała Grecja – ogłoszenie bankructwa albo porzucenie europejskiego pieniądza. Dziś nie ma już żadnych wątpliwości, że wpompowanie ogromnych kwot w grecką gospodarkę nie przyniosło efektów.

Nauka poszła w las

A co robi Europa? Całą operację powtarza. Grecji nie udało się osiągnąć niemal żadnego z zakładanych przez nią celów gospodarczych. Wydała już 75 miliardów pomocy (a dostała 110), w dodatku rząd w Atenach przyznał, że, aby poradzić sobie z przyszłorocznym długiem, też będzie musiał się zapożyczyć. Niektórzy niemieccy politycy mówią już po cichu, że Grecja może zostać wyrzucona ze strefy euro albo ogłosi niewypłacalność.

Rzeczywiście, ci prywatni pożyczkodawcy, którzy nie pozbyli się toksycznych obligacji muszą się dziś liczyć z tym, że nie zobaczą swoich pieniędzy. Prawdopodobieństwo wynosi 60–75 %.Tymczasem zarówno Komisja, jak i Bank Centralny wyśmiewają wszelkie pomysły restrukturyzacji długu, określając je mianem fantazji. Rok temu było dokładnie tak samo.

Tyle że tym razem wszystko jest bardziej skomplikowane. W porównaniu do zeszłego roku mamy cztery nowe elementy. Po pierwsze, do Grecji dołączyły dwa, a może nawet trzy państwa, które walczą o to, by nie zbankrutować i pozostać w strefie euro. Chodzi o Irlandię, Portugalię i – ewentualnie – Hiszpanię.

Co więcej, jest teraz niemal pewne, że kłopoty Aten od razu przerzucą się na Dublin i Lizbonę. A jeśli te kostki domina się przewrócą, sytuacja Madrytu i Rzymu będzie bardzo niewesoła. Po drugie, koszt, jaki poniesie przeciętny podatnik w Niemczech i innych krajach, tym razem będzie o wiele większy, niż to się wydawało jeszcze przed dwunastoma miesiącami.

Dlaczego? Bo poprzednia pożyczka użyta została głównie na spłacanie długów wobec prywatnych wierzycieli poszczególnych państw oraz banków, które straciły płynność.

Niechciana restrukturyzacja

Na dobitek polityczny opór wobec powtórnego wpompowywania pieniędzy jest dużo większy niż przed rokiem. Burzą się już nie tylko Niemcy, Finowie, Austriacy czy Holendrzy, ale sami zadłużeni. Zebrane przez ten czas doświadczenia wzmocniły tylko antyunijne nastawienie na Starym Kontynencie, zarówno wśród tych, którzy pomoc oferują, jak i tych, którzy po nią sięgają.

Na szczęście jest też dobra wiadomość (choć niekoniecznie dla europejskich liderów i szefów banków centralnych). Globalna gospodarka jest dziś o wiele mocniejsza i pewnie wytrzymałaby masową redukcję zadłużenia, szczególnie jeśli odbyłaby się ona spokojnie, a państwa członkowskie zagwarantowałyby zmniejszone zobowiązania.

Dlaczego więc europejscy politycy i bankierzy nie chcą nawet myśleć o restrukturyzacji długu, wciąż tłoczą pieniądze w budżety Grecji, Irlandii i Portugalii, mimo że i tak w końcu trafiają one do prywatnych pożyczkodawców?

Z jednej strony istnieje obawa, że sektorowi bankowemu przytrafi się to, co na początku kryzysu Lehman Brothers. Akurat tego ryzyka można łatwo uniknąć – wystarczyłby ogólnoeuropejski system finansowych gwarancji. Koszty z nim związane byłyby nieporównywalnie mniejsze od wydatków na kolejne zasilanie zagrożonych krajów.

Tymczasem szefowie europejskich centralnych banków wiedzą, co robią, siejąc strach przez restrukturyzacją. Przecież Europejski Bank Centralny sam posiada lwią część greckich, irlandzkich i portugalskich obligacji. Gdyby ich wartość została teraz zmniejszona, to właśnie on odczułby to najbardziej.

Oprócz 80 miliardów euro, które ECB posiada bezpośrednio, są jeszcze warte 500 miliardów toksyczne obligacje stanowiące zabezpieczenie pożyczek dla banków Grecji, Irlandii i Portugalii. Gdyby doszło do wspomnianej finansowej operacji, większość z nich utraciłaby płynność, a EBC zostałby z setkami miliardów obligacji, których wartość byłaby żadna.

W stronę federalizmu

Ponieważ jego całkowity kapitał wynosi zaledwie jedenaście miliardów euro, oznaczałoby to, że teraz sam Bank Centralny stałby na skraju bankructwa, a jedynym ratunkiem byłaby… pomoc europejskich rządów. Ta z pewnością by nadeszła, ale wiązałaby się z utratą przez EBC politycznej niezależności.

Polityczne motywy, które stoją za pragnieniem zacieśnienia jarzma na szyi Grecji, Irlandii i Portugalii, też są oczywiste. Zamieniając tę trójkę w wiecznych dłużników banku i różnych europejskich funduszy, Bruksela i Frankfurt znacząco wzmacniają siłę centralnych, europejskich instytucji kosztem państw członkowskich.

Kontrolowanie przez EBC krajowych podatków, wydatków i polityki społecznej jest dziś ograniczone tylko do Grecji i Zielonej Wyspy. Ale precedens już jest. Istnieją oto instytucjonalne możliwości, które kiedyś mogłyby zostać użyte w pozostałych państwach Wspólnoty.

Nieuniknione przejście od unii monetarnej do fiskalnego federalizmu, a potem do pełnej unii politycznej było już wieszczone w 1989 roku, gdy Jacques Delors po raz pierwszy zaproponował wspólną walutę. Prognozy takie rozbrzmiały ponownie, zarówno z obozu euroentuzjastów, jak i eurosceptyków, gdy dziesięć lat później wprowadzenie tejże wspólnej waluty stało się faktem.

Droga od niej do politycznego federalizmu wygląda nieco inaczej, niż wtedy myślano. Ale marsz trwa. Warto jednak zadać pytanie – czy Europa osiągnie cel tej podróży, nim Irlandczycy, Niemcy czy też Finowie dojdą do wniosku, że zostali oszukani?