Debata: Imigracja: nieuchronna i nieodzowna

Sezonowi robotnicy rolni na południu Francji
Sezonowi robotnicy rolni na południu Francji
Trouw (Amsterdam)

Imigracja jest dobrą rzeczą dla Europy – zapewnia grupa wybitnych osób, a wśród nich Joschka Fischer, Javier Solana i Timothy Garton Ash. To przesłanie, które powinni wziąć sobie do serca europejscy przywódcy, pisze holenderski dziennikarz.

W samym środku debaty na temat imigracji w Europie grupa wybitnych osób pod przewodnictwem Joschki Fischera przedstawiła 11 maja raport („Żyć razem: Pogodzić różnorodność z wolnością w Europie XXI wieku”), którego główne przesłanie brzmi następująco – jeśli Stary Kontynent nie będzie kultywować swojej różnorodności, znajdzie się nieuchronnie pod względem demograficznym w samym ogonie. Z bardzo prostej przyczyny, otóż bez imigracji liczba zawodowo czynnej ludności zmaleje za pięćdziesiąt lat o sto milionów, podczas gdy całkowita liczba jego mieszkańców rośnie i się starzeje.

Europa będzie więc musiała otworzyć się na imigrację i społeczną różnorodność. Nie można zresztą żądać od imigrantów pozostawienia pomiędzy religiami, kulturami, na granicy tożsamości. Zdaniem wspomnianej ośmioosobowej grupy, w której skład wchodzą między innymi były sekretarz generalny NATO Javier Solana, była komisarz europejska Emma Bonino oraz wykładowca uniwersytecki, publicysta i autor książek Timothy Garton Ash, nie ma nic złego w tym, że imigranci wnoszą własny wkład kulturowy, byle przestrzegali prawa. Co więcej, napływ nowych kultur może przyczynić się do wzrostu kreatywności, którego Europa potrzebuje dziś bardziej niż kiedykolwiek.

W Europie różnorodność jest i była rzeczywistością

Trudno jest dotrzeć z takim przesłaniem. Jest ono całkowitym zaprzeczeniem populistycznej retoryki, która czyni z masowej imigracji zagrożenie dla Zachodu. Joschka Fischer, były niemiecki minister spraw zagranicznych, i pozostali członkowie grupy apelują więc uparcie do czołowych władz w Europie – nie tylko w sferze polityki, ale i w świecie kultury, mediów oraz nauczania – by dali odpór fałszywym prorokom.

Uważają, że politycy najważniejszych nurtów, ulegając populizmowi i przydając mu tym samym atrakcyjności w oczach obywateli, nie wypełniają swojej przywódczej misji. Prezydent Nicolas Sarkozy, premier David Cameron i kanclerz Angela Merkel powinni wziąć to pod rozwagę.

Ostatnio ci właśnie politycy ogłosili jeden po drugim, że społeczeństwo wielokulturowe poniosło porażkę. Skupione wokół Fischera osoby pracujące na zlecenie Rady Europy unikają używania tego terminu o niejasnej, ich zdaniem, konotacji – nie wiadomo, czy chodzi w nim o ideologię, czy o rzeczywistość. Stwierdzają po prostu, że w Europie różnorodność jest i była rzeczywistością, i że kontynent nie może się od tej rzeczywistości odwrócić, jeśli nie chce się sprzeniewierzyć idei demokratycznego państwa prawa i chce nadal odgrywać jakąś rolę, gdy ma za konkurentów Chiny, Azję Południowo-Wschodnią, Indie i Brazylię.

Migracja jest błogosławieństwem

Tego samego dnia z dokładnie tych samych przyczyn amerykański prezydent Barack Obama opowiedział się w długim wystąpieniu wygłoszonym w teksańskim mieście El Paso, nieopodal granicy z Meksykiem, za legalizacją pobytu w Stanach Zjednoczonych nielegalnych imigrantów, których liczbę szacuje się na 11 milionów. Nie dajmy się zwieść: imigracja jest w Stanach Zjednoczonych równie kontrowersyjnym tematem jak w Europie. Tam również wzbudza ostrą wrogość. Tam też występuje podobna hipokryzja – nielegalni imigranci są mile widziani jako kiepsko opłacani ludzie od brudnej roboty. Dostępność takich miejsc pracy ma siłę przyciągania.

Inny wspólny punkt: migracja z Południa na Północ. Co szósty mieszkaniec USA jest dziś z pochodzenia Latynosem. Jest ich już więcej, jak podają tegoroczne statystyki, niż Afroamerykanów, a hiszpański stał się nieoficjalnie drugim językiem w kraju.

Mała wyspa Lampedusa jest dziś w Europie symbolem siły przyciągania, jaką wywiera kwitnąca i demokratyczna Europa na mieszkańców Afryki i Azji. Migracja z Południa na Północ będzie się na razie utrzymywać i jest – według Obamy i Fischera – błogosławieństwem, o ile się nad nią zapanuje. Istnieje jednak zasadnicza różnica między Stanami Zjednoczonymi a Europą. Obama może orędować na rzecz imigracji, bo to się dobrze wpisuje historię kraju i zawsze świadczyło o jego sile.

Powiedział, na przykład, do tłumu zgromadzonego w El Paso: „Popatrzcie na Intel, Google, Yahoo i eBay, wielkie amerykańskie firmy, dzięki którym jesteśmy w sektorze nowoczesnych technologii w światowej czołówce. Wszystkie te firmy zostały założone – no jak myślicie, przez kogo? – przez imigrantów”. W ubiegłym miesiącu jechałem w Waszyngtonie taksówką z kierowcą, który był z pochodzenia Etiopczykiem. Przyznał nieco szyderczo: „Amerykański sen jest dla większości ludzi iluzją, ale to nas mobilizuje”.

Brak jest w Europie tego rodzaju historii, które odgrywają rolę siły napędowej. Przeważa tu dziś negatywne podejście do spraw, a ekonomiczne i kulturowe argumenty na rzecz imigracji przestały być istotnym tematem debaty politycznej.

Factual or translation error? Tell us.