Wojna w Afganistanie ma być „kluczowym priorytetem” dla nowego sekretarza generalnego NATO Andersa Fogha Rasmussena. W wywiadzie udzielonym kopenhaskiemu dziennikowi Politiken w przededniu swej nominacji na szefa Sojuszu były duński premier przyznaje, że poziom bezpieczeństwa w niektórych częściach Afganistanu nie jest „absolutnie zadowalający”, zamierza jednak „rozbić jedność rebeliantów, negocjując porozumienia pokojowe z poszczególnymi ugrupowaniami powiązanymi z talibami”.

Wypowiedzi Rasmussena współbrzmią z poglądami wyrażanymi przez brytyjskiego ministra spraw zagranicznych Davida Milibanda i bez wątpienia zostaną przyjęte z zadowoleniem przez tę część brytyjskiej prasy, którą przeraził opublikowany w weekend raport komisji spraw zagranicznych Izby Gmin. Raport ten, zatytułowany „Globalne bezpieczeństwo: Afganistan i Pakistan”, a sporządzony w miesiącu, w którym w Afganistanie poległo aż dwudziestu dwóch brytyjskich żołnierzy, stwierdza między innymi, że armia Zjednoczonego Królestwa „wykonuje misję, której cele są niejasne, a sukcesy podkopywane przez nierealistyczne planowanie i braki w ludziach i sprzęcie”. Po opublikowaniu raportu brygadier Allan Mallinson grzmiał w Daily Telegraph, że Wielka Brytania „ma nadwagę po dziesięcioleciach pokoju” i musi „uświadomić sobie, że znajduje się w stanie wojny, i to wojny, na którą skąpi pieniędzy”.

Jednak w jakich warunkach ma być prowadzona ta wojna? Witając z radością nominację Rasmussena, belgijski dziennik De Standaard zauważa optymistycznie, że powinna mu sprzyjać „atmosfera kilka razy lepsza od tej, która panowała, kiedy stanowisko obejmował jego poprzednik, najwyraźniej wybór Baracka Obamy sprawił, ze transatlantyckie niebo jest jaśniejsze”. Belgijski dziennik podkreśla rolę kwietniowej deklaracji Strasburg-Kehl, w której państwa członkowskie Sojuszu zobowiązały się do współpracy w czasach „wojny niekonwencjonalnej”.

Według Standaard więc NATO popłynie teraz równym kursem, tymczasem komentatorka Guardiana Ilona Bet El wydaje się tego optymizmu nie podzielać. Wita wybór Rasmussena z „pewną dozą ostrożności”. Spoglądając zaś na niedawną historię NATO, dochodzi do wniosku, że większość państw europejskich uznała, iż to „padająca firma kontrolowana przez USA przy wsparciu Wielkiej Brytanii, więc nieważne, kto obejmie jej kierownictwo”. Rasmussen, zauważa Bet El, staje na czele Sojuszu osłabionego przez to, że „USA po atakach 11 września go zlekceważyła”. Państwa członkowskie, głęboko podzielone w kwestii inwazji USA na Irak w 2003 r., nie potrafiły jak dotąd dojść do porozumienia w kwestii podziału zadań w Afganistanie. Chociaż „po obu stronach Atlantyku podejmuje się wyraźne działania mające na celu zapomnienie o dawnych urazach, to pomiędzy sojusznikami panuje brak zaufania, a sytuację pogarsza archaiczna struktura NATO i jego sztabu – kompletnie nieprzystosowana do prowadzenia nowoczesnej wojny”.

Poza tym podnoszone są wątpliwości co do referencji Rasmussena i nawet Standaard robi aluzje do eurosceptycyzmu Danii często żądającej klauzul wyłączających ją spod postanowień unijnych traktatów, co każe belgijskiemu dziennikowi zastanawiać się, co to wróży europejskim interesom w NATO. W Niemczech z kolei Frankfurter Rundschau zastanawia się nad tym, jak nominacja tego polityka zostanie przyjęta przez świat muzułmański. W kulminacyjnym momencie skandalu wywołanego opublikowaniem karykatur Mahometa odmówił on ‒ był wówczas premierem Danii ‒ spotkania z ambasadorami jedenastu państw muzułmańskich, podając jako powód panującą w jego kraju absolutną wolność wypowiedzi. Co, jak pisze Frankfurter, było pośrednim powodem splądrowania duńskich ambasad w Teheranie i Damaszku.

Podkreślając, że Rasmussen jest „elastyczny, pragmatyczny i lubi władzę”, niemiecka gazeta nie może odmówić sobie ironicznego stwierdzenia, że pośród tych, którzy najcieplej powitali jego wybór, byli talibowie. Ich strona internetowa podaje, że na czele Sojuszu stoi teraz „wielki wróg Proroka”. „To niewątpliwie wzmocni wiarę muzułmanów walczących z NATO”. I tym samym zaogni konflikt.

I rzeczywiście, sytuacja w Afganistanie wygląda coraz gorzej. Podczas gdy brygadier Mallinson zastanawia się, czy „Zachodowi brakuje odwagi, by walczyć”, raport komisji parlamentarnej stwierdza, jak pisze Observer, że poparcie dla brytyjskich żołnierzy spadło drastycznie z powodu strat wśród ludności cywilnej. A także, że „słaba, przekupna policja każe Afgańczykom ponownie zwracać się do talibów po sprawiedliwość”. Najważniejszy wniosek płynący z raportu jest jednak taki, że główne zagrożenie przeniosło się teraz doPakistanu, gdzie Al Kaida próbuje zdobyć dostęp do broni nuklearnej Islamabadu. Ilona Bet El zastanawia się, czy właśnie dlatego, a także za sprawą innych problemów, przed jakimi stoi NATO, Rasmussen nie przejdzie przypadkiem do historii jako „ostatni szef Sojuszu Północnoatlantyckiego”.