„Demokracja to coś więcej niż zwykłe prawo do głosowania”, tłumaczy hiszpańska demonstrantka tunezyjskiemu przechodniowi. Daje mu ulotkę. „Hiszpania jest demokracją tylko z nazwy, ponieważ ordynacja wyborcza uprzywilejowuje duże partie. Demokracja formalna nie jest prawdziwą demokracją, to nie wystarczy”. Młody Tunezyjczyk niepewnie potakuje i zaczyna czytać ulotkę.

Dziwna to była demonstracja. W ostatnią majową niedzielę około pięćdziesięciu Hiszpanów (czyli niemal 10% ich wszystkich, którzy w Tunezji mieszkają) wyraziło swoją solidarność z „indignados” okupującymi od tygodni place hiszpańskich miast. Dlaczego dziwna? Ponieważ nie tak dawno tysiące ludzi, biorąc udział w demonstracjach, narażało tutaj życie za demokrację, a teraz mówi się im, że demokracja wcale nie jest taka piękna, jak mogłoby się zdawać.

Tunezyjski przechodzień, pracownik pobliskiego klubu tenisowego, przygląda się manifestantom rozmarzonym wzrokiem. Mają dżembe, muzykują i tańczą. „Bardziej to przypomina fiestę niż demonstrację”, komentuje z nutą zazdrości w głosie. „Gdybyśmy my tak manifestowali, Ben Ali byłby nadal u władzy”.

Mówi, że rozumie żądania Hiszpanów w sprawie ordynacji wyborczej. Ale i tak w końcu konkluduje: „Gdyby udało nam się osiągnąć demokrację w stylu hiszpańskim, byłbym bardzo zadowolony”.

Nie przeszkadzają mu jej defekty i wynaturzenia. Nieuczciwa ordynacja wyborcza i dominacja dużych partii. Gierki polityczne i kombinacje. Licytowanie się sukcesami i populistyczna retoryka. Kupczenie senatorskimi nominacjami (część mandatów nie jest obsadzana w wyborach bezpośrednich). Brak polityków zdolnych wybiegać myślą dalej niż do następnych wyborów.

Młodych ludzi cechują czasem zbyt ludyczne zachowania

Tunezyjczyk nie jest jeszcze w pełni tego świadom, ale gotów jest to zaakceptować. Wszystko tylko nie dyktatura. Jak mówił Churchill, „demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu".

No tak, ale mówił to 54 lata temu. Może warto się zastanowić, dlaczego wciąż tkwimy w miejscu, nie próbujemy wyjść poza to najmniejsze zło? Dlaczego nie zmieniamy czy choćby nie ulepszamy tej formy rządzenia? Młodzież okupująca hiszpańskie place nie jest osamotniona, gdy zwraca uwagę na potrzebę naprawy demokracji. W pozostałych częściach Europy słychać głosy protestu, ale też narasta populizm oraz powiększa się przepaść między obywatelem a polityką, to wszystko też wskazuje na defekty demokratycznej konstrukcji.

Jest rzeczą zrozumiałą, że po 50 latach dyktatury Tunezyjczyków one nie rażą. Ale po rewolucjach arabskich może dojść do przebudzenia Europejczyków. Dlaczego nie próbujemy zmierzyć się z tymi słabościami? Dlaczego bardziej nie zadbamy o ten polityczny porządek, który jest, jak widać, tak cenny, że obywatele arabscy gotowi są poświęcić dla niego życie?

Wygląda na to, że młodzież hiszpańska przebudziła się pierwsza. Organizowane przez nią akcje są często krytykowane, bywa, że po części słusznie. Młodzi ludzie nie mają wyraźnego celu, nie przedstawiają klarownych propozycji, cechują ich czasem zbyt ludyczne zachowania. Ale każą nam postawić sobie, przecież niepozbawione sensu pytanie: czy aby nie pora, po zastąpieniu dyktatury demokracją w Tunisie i Egipcie, zastąpić naszą własną demokrację jej lepszą wersją?