Jak na razie wiatry sprzyjają polskiej prezydencji. Zaskakująco dobrze idzie nam to, co zwykle zawodziło, czyli budowanie wizerunku kraju pewnego siebie i wiedzącego, co chce osiągnąć. Polska w Europie zaczęła mieć dobrą markę i to po prostu robiąc swoje, a nie rekrutując magnatów reklamy czy guru PR, takich jak Wally Olins. Nadwornego grafika mamy tego samego od lat, i też dobrze, bo logotyp prezydencji wyszedł mu prawie tak samo udanie jak słynny znaczek „Solidarności”.

Najpierw jednak pytanie: Na kim chcemy zrobić wrażenie? Na partnerach zagranicznych czy opinii krajowej? Więcej fajerwerków rząd szykuje w kraju niż w Europie, gdzie budżety naszych ambasad wystarczą na kilka konferencji, tu i ówdzie okraszonych gustownymi przyjęciami. W Londynie prezydencja zagości na jeden wieczór w słynnym Victoria and Albert Museum. W kraju będzie się działo o niebo więcej: gwiazdorska feta na początek i polityczny korowód ze szczytem Partnerstwa Wschodniego pod koniec września.

Teraz ostrzeżenie dla polityków: Polska prezydencja w Unii będzie największą do tej pory operacją logistyczną w historii polskiej administracji. Na razie wszystko jest w porządku. Ale z kampanią wyborczą na karku (wybory w październiku) wystarczy niewielkie potknięcie, aby życzliwe nam dzisiaj europejskie media zaczęły odgrzebywać dawne stereotypy o polskim niechlujstwie.

Co po niej zostanie

Jeżeli rząd chce, aby prezydencja była wyrazista, powinien dziś pomyśleć, co po niej zostanie. Belgijska prezydencja jest dobrze wspominana – chociaż sprawował ją kraj formalnie pozbawiony rządu – ponieważ wzięła na warsztat sprawy trudne (takie jak patent europejski), w których od lat nie udaje się dojść do kompromisu. Belgia skutecznie pchnęła kwestię patentu naprzód.

Z drugiej strony, przestrzeń dla wielkich pomysłów jest wyjątkowo duża, wprost proporcjonalna do kłopotów, w jakich znajduje się Europa. Pytanie, czy krajowi, którego PKB stanowi tylko 5 proc. unijnego, w dodatku dopiero aspirującemu do strefy euro, wypada gardłować o gospodarce z głównymi graczami? Otóż nawet gdyby rząd chciał, nie może chować głowy w piasek i zaprzeczać temu, że Europa znajduje się w punkcie zwrotnym. Europejskie peryferia trawi pożar ekonomicznej niekompetencji ostatnich lat oraz społecznych niepokojów i buntów, które nabierają rozpędu i mogą wyrwać się spod kontroli.

Nowa solidarność

Od lat Polska szermowała w Unii hasłem solidarności, domagając się świadczeń na rzecz nowych krajów członkowskich. Dziś pojawił się problem solidarności finansowej, której celem jest ratowanie od bankructwa krajów Południa. Ta solidarność nie pozostanie bez wpływu na solidarność tradycyjną, z której korzysta Polska. Możemy bronić własnych interesów i siedzieć cicho, licząc na to, że bieg wypadków będzie nam sprzyjać. Możemy także rozpocząć „nową narrację”, lansując się jako obrońcy ducha europejskiego i zwolennicy nowego kontraktu w UE, na którym zyska zarówno Północ, jak i Południe.

Gdyby Polsce udało się rozpocząć debatę o nowej solidarności europejskiej połączonej z odpowiedzialnością, miałaby szansę w sposób autentyczny wpłynąć na bieg wydarzeń. Nowy kontrakt europejski jako pokłosie prezydencji to byłoby coś.

Oddech rewolucji

Drugi wielki temat to bez dwóch zdań europejskie sąsiedztwo. Kiedy czytamy wystąpienie Baracka Obamy o przemianach na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej, ogarnia nas zazdrość. To był majstersztyk; w gruncie rzeczy Obama przedstawił rewolucje w świecie arabskim jako inną odsłonę... amerykańskiej walki o niepodległość. Mówił młodym Arabom, którzy upomnieli się o zmiany, że właściwie ulepieni są z tej samej gliny co inni. Takie przemówienie powinien był wygłosić europejski przywódca. Europa tymczasem jak zwykle ma wątpliwości. Fakt, że jest bliżej i czuje oddech arabskich rewolucji na swoich plecach. Nie ma też pewności, jaki będzie ostateczny efekt przemian.

Europa szybko więc pogodziła się z poglądem, że tak naprawdę mamy do czynienia z ostatnim etapem dekolonizacji. Gideon Rachman z Financial Times pisał nawet, że rewolucje w świecie arabskim są nowym 1989 r., a my (Unia) jesteśmy... Związkiem Radzieckim.

Dla Polski to jak rzucona rękawica. W toku naszej prezydencji możemy dowieść, że historia Europy to nie tylko historia dominacji nad innymi kontynentami. To także udana demokratyzacja w naszym regionie, który 20 lat temu wcale dobrze nie rokował.

Polska powinna więc przez wszystkie możliwe przypadki odmieniać swoje (i regionu) dokonania w procesie transformacji, dopominać się, aby utworzono funkcję specjalnego przedstawiciela UE ds. reform w świecie arabskim, którym powinien zostać polityk środkowoeuropejski dużego kalibru. Powinniśmy skłonić UE do sformułowania ambitnego pakietu wsparcia transformacji, który obejmowałby zarówno liberalizację handlu oraz pomoc tak finansową, jak i przy budowie instytucji państwa prawa i gospodarki wolnorynkowej, niezależnych mediów – wszystkich tych mechanizmów, którym zawdzięczamy sukces naszej transformacji.

Pół roku i pięć minut

Duży pomysł czy mały pomysł, Polska nadal musi określić, o co jej chodzi w trakcie prezydencji. Na razie mamy kilkadziesiąt stron rozkładu jazdy, który rozpisuje drugą połowę roku na części pierwsze, ale brakuje politycznego ekstraktu, merytorycznego odpowiednika logotypu polskiej prezydencji.

Podobno prawdziwym członkiem Unii staje się dopiero kraj, który sprawował prezydencję. Dla nas pytanie brzmi jednak przede wszystkim: jacy staniemy się dzięki prezydencji i jaki będzie potem pułap naszych ambicji?

Rzymianie mówili, że śmiałość myślenia mają tylko ludzie bogaci. W Unii jest tak, że debiutanci w butach prezydencji robią minimum tego, co niezbędne, aby nie dać plamy. Z reguły nie zapisują się jednak w historii niczym szczególnym. Polska powinna dowieść, że jest debiutantem czującym swoją siłę i wartość.

Cały artykuł można przeczytać na stronie Polityki.