Przyjęcie przez grecki parlament pakietu oszczędnościowego nie sprawi, że Europa z radości zacznie bić w dzwony. Słychać raczej coś, co przywodzi na pamięć platońską jaskinię, słynną alegorię z VII księgi „Państwa”. My, Europejczycy, jesteśmy więźniami od urodzenia przykutymi łańcuchami do ściany jaskini, którzy widzą jedynie cienie rzeczywistych przedmiotów. I dlatego wydaje nam się, że rozgrywające się w Grecji wydarzenia to wyłącznie gra takich cieni.

Tak się składa, że w greckiej rzeczywistości limit możliwych do zniesienia sprzeczności został przekroczony. Po raz pierwszy, na przykład, państwo, które z technicznego punktu widzenia nie reguluje swoich zobowiązań, uznawane jest za wypłacalne. Unia Europejska nalega na ratowanie zrujnowanego kraju o deficycie finansów publicznych sięgającym 10 procent PKB i długu publicznym w wysokości 350 miliardów euro, co jest sumą półtora raz wyższą od rocznego greckiego produktu krajowego brutto. Nawet prywatyzacja wszystkich aktywów państwowych (przy założeniu, że znajdą nabywców) nie zlikwiduje w całości tego długu.

Tę sprzeczność wyjaśnia inna, znacznie poważniejsza, a mianowicie, że według Merkel i Sarkozy'ego to, co dobrowolne, jest w istocie obowiązkowe. Sprzeczność tę potwierdziły niemieckie i francuskie banki, które poproszono o umorzenie części greckiego długu. W końcu stanęło nie na umorzeniu w ścisłym sensie, lecz na łaskawym zrolowaniu jego części.

Kolejnym paradoksem jest to, że dostosowanie fiskalne jest w rzeczywistości jego przeciwnością. Grecja otrzymała już w zeszłym roku 110 miliardów euro i pieniądze te zostały przejedzone. Rząd Jeorjosa Papandreu, który światowa opinia tak szybko zrehabilitowała, miał wprowadzić twardy program oszczędnościowy. A jednak, pomimo powszechnego oburzenia na zafundowaną Grekom drakońską kurację, program ten zdaje się być niczym więcej jak zniekształconym cieniem rzeczywistości. Eurodeputowany Antonio López Istúriz ujawnił kilka dni temu, że zamiast pozbyć się łącznie pięćdziesięciu pięciu przedsiębiorstw państwowych, by zmniejszyć deficyt, Ateny stworzyły w tym czasie czterdzieści jeden nowych.

Czwarty paradoks polega na tym, że ratowanie kraju kończy się pogrążaniem go. Przywódca greckiej Partii Konserwatywnej Antonis Samaras ma zupełną rację, kiedy mówi, że podwyżka podatków zarżnie gospodarkę i jeszcze bardziej nasili proceder uciekania przed nimi. Gdyby Papandreu był odważniejszy, zredukowałby biurokrację nie o 15, lecz o 25 procent, i ustaliłby maksymalny cel prywatyzacyjny nie na 50 miliardów, lecz na 300 miliardów euro. Tylko radykalne środki są w stanie sprawić, by w greckich księgach liczby zaczęły się zgadzać.

W platońskiej alegorii więzień mógł opuścić jaskinię, poznać zewnętrzną rzeczywistość, a następnie powrócić w ciemności, by wyjaśnić towarzyszom, że cienie tą rzeczywistością nie są – że tam poza jaskinią znajduje się ich przyczyna i źródło. Pozostali najpierw by go wyśmiali, a potem, gdy nalegałby nadal, by wyzwolili się z mroku, zaczęliby rozważać zabicie go.

Antonis Samaras jest jak dotąd jedynym, który opuścił grecką platońską jaskinię i z tego powodu oskarżany jest o brak poczucia odpowiedzialności. Mrugający oczami Papandreu jest już prawie na zewnątrz. Ale większość Greków i pozostałych Europejczyków jest oślepianych przez słońce.