Aleksander Łukaszenka, pan i władca Białorusi, być może jest ciemnym gburem, ale wie, co to ironia i rozumie, jak bardzo może zaszkodzić możnym. I dlatego wydał postanowienie, które nieodwołalnie da mu miejsce w galerii bezwstydnych despotów.

W przyszłą niedzielę, podczas obchodów dnia niepodległości, ktokolwiek ośmieli się oklaskiwać przemówienie przywódcy, paradę wojsk albo – jeszcze gorzej – funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa, która tu wciąż pyszni się nazwą KGB, zostanie aresztowany. „Oklaski są dozwolone tylko podczas przemarszu weteranów i inwalidów wojennych. W innych przypadkach będziemy interweniować”, precyzuje wiceszef milicji Igor Jessiew, gdy patrzy przenikliwie na deptak na placu Oktiabrskim – już oczyma wyobraźni widzi kolejne łapanki.

Jessiew i jego podwładni, paradujący z pałkami i kajdankami dobrze na widoku, wyglądają, jakby nikomu nie ufali. Patrzą spode łba na przechodniów, legitymują na chybił trafił młodych i staruszki z siatkami. Nie przyznają tego wprost, ale chętnie dodaliby do zakazu oklasków także inny – gdyż to również zaczyna irytować władze – uśmiechania się.

Bo uśmiechy i oklaski to już jedyna broń, jaka pozostała Białorusinom, aby przeciwstawić się władzy, która po 19 grudnia ub.r., kiedy odbyły się wybory prezydenckie nieuznane przez żadnego obserwatora międzynarodowego, pokazuje coraz bardziej autorytarne oblicze. Od tamtego czasu wszyscy konkurenci Łukaszenki i tysiąc działaczy opozycji wylądowało w aresztach pod najbardziej absurdalnymi zarzutami. Czekają ich niejawne procesy ze z góry ustalonym wyrokiem.

Czasem uśmiech wymsknie się nawet milicjantowi

Ale pretorianie Łukaszenki nie uwzględnili w swoich rachubach zwykłych ludzi, zmęczonych panoszeniem się milicji, ale przede wszystkim wycieńczonych kryzysem gospodarczym, windującym do niemożliwego poziomu koszty utrzymania. I tak, trochę ze złości, a trochę dla zgrywy narodziła się ostatnia moda na sposób wyrażania sprzeciwu. Hasło zostaje rzucone zawsze w Internecie, który mimo wysiłków KGB, wciąż nie daje się całkiem kontrolować.

Ludzie skrzykują się pod ogromnym Pałacem Republiki na placu Oktiabrskim albo przed pamiętającą czasy sowieckie siedzibą prezydenta przy ulicy Engelsa. Wszyscy dbają o to, by zachować od siebie parę metrów dystansu, aby uniknąć zarzutu o nielegalne zgromadzenie. Żadnych transparentów, sloganów, tylko oklaski i uśmiechy.

Co odważniejsi gapią się wprost na milicjantów i śmieją się do rozpuku, klaszcząc. Bardzo to denerwuje funkcjonariuszy, ale nawet w państwie Łukaszenki na razie śmiech nie jest przestępstwem. Czasami jakiś oficer wzywa, aby przestać. Ale młodzież się dalej śmieje, zarażając tym innych. Im bardziej milicjant się wścieka, tym bardziej nabrzmiewa śmiech. Śmieją się gapie w oknach, kelnerzy przed kawiarniami, uczennice w drodze ze szkoły. Czasem uśmiech wymsknie się nawet milicjantowi, natychmiast karconemu przez przełożonego.

To na razie niewiele, ale ci, którzy już nie wytrzymują, mogą się policzyć. A jest ich dużo, coraz więcej. Andriej Dmitrie, 27 lat, z ruchu na rzecz praw obywatelskich „Powiedz prawdę” jest zadowolony z tej podziemnej kampanii. 20 grudnia był na placu, po zatrzymaniu spędził 40 dni w celach „Amerykanki”, czyli aresztu KGB. Widział, jak przyprowadzają skutych kajdankami kolejnych rywali Łukaszenki. Nawet sześćdziesięcioczteroletniego poetę Władimira Niekłajewa, którego wnieśli do celi owiniętego w koc niczym paczkę.

Życie przypomina powieść Orwella

Brudne cele, śmierdzące kible, brutalni klawisze, prowokatorzy udający aresztantów. Opowieści więzienne zawsze są takie same. Cywilizowany świat powinien interweniować w innych sprawach, mówi Dmitrie. I opowiada o przesłuchującym go sędzi, który pokazywał mu zapisy wszystkich jego rozmów telefonicznych, esemesów, maili. A to nie wszystko. Mieli spisane nawet moje rozmowy z żoną w domu. Wszystko, tak, dobrze usłyszałeś, wszystko. Nawet to, co się mówi w łóżku, szeptem, przy zgaszonym świetle.

Teraz Dmitrie, tak jak setki mieszkańców Mińska, czeka na proces pod dętymi zarzutami korupcji. Ich procesy śledzą wolontariusze z grupy helsińskiej, którzy – dzięki temu, że świat na nich patrzy – urzędują na siódmym piętrze wieżowca w centrum i wydają się mieć swobodę ruchów. Ich szefem jest Garry Pogonjajlo, siedemdziesięciolatek o wyglądzie człowieka, który swoje już w życiu przeżył.

„Urodziłem się w gułagu, bo moi rodzice buntowali się przeciw Stalinowi. Wiem, że pozwalają mi dalej żyć, bo jestem związany z organizacją międzynarodową. Ale sytuacja się zmienia. Marks określiłby ją jako sytuację przedrewolucyjną. Naród zaraz wybuchnie. Putin już to zrozumiał. Moskwa trzyma więc na dystans Łukaszenkę, daje mu pożyczki, ale potem grozi odcięciem gazu i prądu. Dobrze wie, że jeśli kryzys potrwa jeszcze trochę, reżim sam się wywróci. Jasne, że gdyby Zachód się obudził, byłoby lepiej dla wszystkich.

Na razie życie przypomina powieść Orwella. Wczoraj wieczór Dmitrie dał znak żonie, by wyszła z domu. Bez słowa zaprowadził ją do parku i poszukał miejsca na tyle hałaśliwego, żeby dało schronienie przed wścibskimi uszami. Żona spodziewała się rozmowy o jakiejś inicjatywie, a on się na to zaśmiał: „Chciałem tylko powiedzieć, że cię kocham, ale w domu się wstydzę, zbyt wielu nas słucha”.