Ktoś będzie teraz musiał wytłumaczyć Włochom, jakim cudem jednego dnia oglądali „A statek płynie” w reżyserii Berlusconiego, a następnego byli już na „Titanicu” Giulio Tremontiego. Ktoś będzie musiał wyjaśnić zdezorientowanej publiczności, jak można było w kilka godzin przejść od snutej przez premiera baśni o „Włoszech, które już wyszły z kryzysu i poradziły sobie lepiej niż inni”, do strasznej opowieści ministra finansów o kraju, gdzie zadłużenie publiczne „może pożreć przyszłość naszą i naszych dzieci”.

W tej przepastnej czeluści sprzecznych komunikatów politycznych i sztuczek medialnych tonie rząd, który przez trzy lata świadomie zaprzeczał faktom, aż wreszcie powaliła go brutalna prawda – to katastrofa. Nikt nie wytłumaczył ani nie wytłumaczy obywatelom ogłuszonym nadchodzącymi cięciami przyczyn tego bolesnego zaplątania.

Powrót drugiego „I”

Przede wszystkim uchyli się od tego jedyny sprawca tej wielkiej „ściemy” – czyli premier, Rycerz Nieistniejący z kart powieści Calvina [gra słów, cavaliere po wł. oznacza rycerza albo kawalera, a „kawaler” to tytuł, którym zwykło się określać Berlusconiego, przyp. tł]. Od tygodnia słuch po nim zaginął. Kraj znalazł się na celowniku spekulantów, którym podaje na tacy każdy możliwy powód do ataku – premier uznany winnym korupcji w sprawie przed sądem cywilnym, a sprawa ta była pochodną prawomocnego wyroku karnego; większość rządowa rozrywana podjazdowymi wojnami; korowód ministrów mających na karku procesy o powiązania z mafią albo inne afery, aparat państwa rozdarty przez wewnętrzne porachunki.

Włochy w obecnym opłakanym stanie stają się na powrót drugim „I” w akronimie PIIGS określającym maruderów eurolandu (Portugalia, Irlandia, Włochy, Grecja, Hiszpania). Berlusconi milczy. Opowiadają, że jest zajęty organizowaniem sobie wakacji na wyspie Antigua. Już w trakcie gorącego lata 2006 r. gładko przeszedł z roli pogromcy globalnej wioski do kaowca w wiosce wakacyjnej.

W tej ogłuszającej ciszy inni muszą zastąpić premiera. Na froncie międzynarodowym to Merkel i Bernanke zachęcają Włochów, by nie rezygnowali z zaciskania pasa. W kraju to prezydent i prezes banku centralnego zakrzątnęli się wokół uzyskania tej odrobiny „jedności narodowej”, jaka była konieczna, by uchwalić ostatni program cięć. Minister gospodarki udał się do Senatu, by przekonywać do najnowszego maksidekretu, który trzeba było uchwalić natychmiast, by uniknąć ataku rynków.

Opozycja zmuszona zatkać nos

Tremonti wygłasza solenne przemówienie o „godzinie nieodwracalnych wyborów”, kreśli apokaliptyczny obraz Europy „idącej na spotkanie z losem”, świadomej, iż „ratunek nie nadejdzie ze świata finansów, lecz z polityki”. Ale nie poświęcił ani słowa na przeprosiny i wytłumaczenie się ze wszystkich karygodnych błędów popełnionych przez ten rząd od momentu triumfu w wyborach w kwietniu 2008 r. Nie zabrzmiało „mea culpa”. Tylko gorący apel o zjednoczenie sił, bo „kraj na nas patrzy: na rząd, na większość, na opozycję”.

Apel należy przyjąć. Nikt nie życzy sobie, by Włochy spotkał los Grecji i by pociągnęły za sobą w przepaść całą unię monetarną. Nikt nie liczy, by upadek Berlusconiego był spektaklem wartym „każdej ceny”, w tym bankructwa kraju. A więc błyskawiczny manewr budżetowy musi zostać uchwalony. Niesie on jednak ze sobą ogromne koszty społeczne, niestety znów głównie dotknie najsłabszych. Klasa średnia coraz bardziej szeroka, ale i coraz bardziej bezbronna, musi przełknąć płacenie za leczenie, zablokowanie nowych umów w sektorze publicznym, ograniczenie zatrudnienia w oświacie, a w perspektywie nawet odebranie ulg podatkowych na dzieci. Samych tylko obciążeń podatkowych przybedzie ok. 500 euro na rodzinę.

Także centrolewica musi zatkać nos i zgodzić się na tę operację ze wszystkimi jej niesprawiedliwymi aspektami, które nie tylko podatnik dostrzeże w portfelu, ale które zaważą na ocenie rynków. Cały bowiem ten manewr, wart 40, 49 czy 65 mld, może nie wystarczyć do zatrzymania narastającej fali spekulacyjnej. Pozorny spokój ostatnich dwóch dni się skończył.

Giełda znów idzie w dół, zwłaszcza akcje banków, różnica oprocentowania włoskich obligacji wobec niemieckich znów rośnie do 300 pkt., podczas aukcji nowych obligacji skarbowych „premia za ryzyko” żądana przez inwestorów podnosi się do poziomów niewidzianych od czasów wprowadzenia euro. To znak, że kuracja nie jest wystarczająca, bo mimo wszystko nie wydaje się wiarygodna, jeśli chodzi zdolność uzdrowienia stanu gospodarki, a tym bardziej ożywienia wzrostu. Nie wystarczy pokłonić się przed bożkiem „równowagi bilansu płatniczego”. Trzeba celebrować ten bilans czynem, a nie tylko słowami. A przyjęty dopiero co manewr nie zawiera wystarczających zabezpieczeń.

Taki jest „rachunek” do zapłacenia, jaki bez zmrużenia okiem pozostawił po sobie Rycerz Nieistniejący. Niech pamiętają o nim Włosi stojący w kolejce do lekarza z otwartym portfelem albo płacący podatek od zysków z obligacji. A przede wszystkim niech pamiętają w zaciszu kabiny wyborczej, kiedy pójdą głosować – oby jak najszybciej. My, którzy nagle staliśmy się rozbitkami, może jeszcze zdążymy zejść z Titanica.