Unia Europejska powstała na zgliszczach wojennych. Być może przy odrobinie cierpliwości doczekamy się również podobnej organizacji na Bliskim Wschodzie. W zeszłym tygodniu Tarik Ramadan argumentował w The Guardian, że Turcja jest częścią Europy i zasługuje na członkostwo w UE. Według mnie Turcja jest zarówno w Europie, jak i poza nią. Współgra to z moją teorią „cywilizacyjnego purée”.

Ale nawet jeżeli Turcja jest (przynajmniej częściowo) państwem europejskim, nie oznacza to, że wstąpi do Unii. Jest po temu wiele powodów. Najważniejszy z nich jest całkiem oczywisty. To religia i trudno uchwytna kwestia „kultury”. Organizacja łącząca kraje Starego Kontynentu jest postrzegana przez wystarczająco wielu europejskich przywódców i obywateli – otwarcie bądź nie – jako chrześcijański „klub”, zeświecczona wersja chrześcijańskiego świata.

To wyjaśniałoby, dlaczego ci, którzy traktują swoje mniejszości etniczne w sposób budzący spore wątpliwości, np. Litwa, lub ci, których gospodarka jest słaba, nierzadko kontrolowana przez spekulantów i oligarchów, np. Łotwa, są do Unii przyjmowani. Tutaj również należy szukać wyjaśnienia, dlaczego Grecja – „kolebka” zachodniej cywilizacji – została przyjęta do ówczesnej Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej bez warunków wstępnych oraz długiego okresu przedakcesyjnego, mimo że wątpliwości budziły i „gospodarcze zacofanie”, i długotrwały konflikt z Turcją. Brak osiągnięć już po uzyskaniu członkostwa także nie wzbudził niczyich zastrzeżeń.

Byłoby jednak błędem przeceniać znaczenie islamskiej tożsamości Turcji. Jak w wielu innych przypadkach, religia, cywilizacja czy kultura są jedynie zasłoną, za którą skrywają się konflikty interesów najzupełniej przyziemnych. Po pierwsze, istnieją realne obawy – pomimo ogromnych postępów gospodarczych, jakie Turcja poczyniła w ostatnich latach – co do ewentualnego napływu do Unii setek tysięcy bezrobotnych tureckich wieśniaków, a lęki związane z kwestią kurdyjską też tutaj ważą. Po drugie – wielkość. Ta ma w Unii swoje znaczenie. A struktura demograficzna Turcji dawałaby jej pozycję jednego z największych, jeżeli nie największego, państwa członkowskiego pod względem liczby ludności. Dotychczasowy układ przy europejskim stole musiałby się zmienić, Francuzi i Niemcy nie czuliby się już tak pewnie, inne duże państwa również. Z tego powodu Bośnia czy Albania mogą wstąpić do Unii wcześniej niż Turcja, Ukrainie zaś – państwu rozległemu – pomimo że ta chce akcesji, a o jej chrześcijańskiej tożsamości nie można wątpić, proponuje się jedynie nagrodę pocieszenia w postaci ściślejszych więzów.

Czy więc może dziwić, że po ponad pięćdziesięciu latach cierpliwego dreptania w kolejce do Unii Turcy czują się sfrustrowani i wyprowadzeni z równowagi. Zamiast jednak czekać w nieskończoność Turcja powinna skorzystać z okazji i zbić kapitał na swych niedawnych wysiłkach wzmocnienia więzów bliskowschodnich.

Europejski model na Bliskim Wschodzie

Po upadku imperium osmańskiego po I wojnie światowej i utworzeniu nowoczesnego świeckiego państwa tureckiego przez Mustafę Kemala Ataturka, Turcja praktycznie zerwała swoje wielowiekowe więzy z krajami regionu. Arabowie, marzący o pełnej arabskiej niepodległości, odwrócili się do Turcji plecami, a to ze względu na bolesne wspomnienia stuleci podległości i przemożnego turkocentryzmu, tak charakterystycznego dla schyłkowych lat władzy osmańskiej. Utracono jednak przez to pewne wartości, które warte są wskrzeszenia w nowoczesnej, bardziej sprawiedliwej wersji. Będą nimi relatywna stabilność, rządy prawa, swoboda podróżowania, a także stworzenie dynamicznego wieloetnicznego, wieloreligijnego „tygla”.

Skoro Unia Europejska jest dobrowolnym zrzeszeniem państw regionu, którego, jeśli spojrzy się na jego dzieje, jedynym spoiwem są niegdysiejsze podboje władców, takich jak Karol Wielki czy Napoleon, dlaczego na Bliskim Wschodzie nie miałby powstać dobrowolny związek krajów należących niegdyś do imperium osmańskiego i innych chcących się do nich przyłączyć, takich jak Iran czy nawet Izrael, gdy już osiągnie pokój z Palestyńczykami?

Niewątpliwie realizacja takiej wizji wymagałaby poradzenia sobie z ogromnymi wyzwaniami. Bliski Wschód jest nie tylko jednym z najbardziej niestabilnych regionów świata, jest także nieprawdopodobnie zróżnicowany politycznie, kulturowo i religijnie. Według mnie tym, co łączy najsilniej, pozostaje pragmatyzm, chęć budowania wspólnej przyszłości, przełamania ograniczeń takich, jak brak bezpieczeństwa, konflikty, bomba demograficzna, niedobór wody pitnej, dominacja zagraniczna i tak dalej.

Pierwszym, podyktowanym właśnie pragmatyzmem, krokiem Europy na drodze do integracji było powołanie przez sześć państw Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali. Kraje Bliskiego Wschodu mogłyby pójść podobną drogą, powołując organizację skupioną wokół zasobów dla nich najważniejszych, czyli ropy i wody. Kolejną istotną kwestią w tym niespokojnym regionie jest bezpieczeństwo. Zawarcie przez państwa bliskowschodnie paktu o nieagresji i wzajemnej pomocy w przypadku zagrożenia jest konieczne dla osiągnięcia przyszłej stabilności – czy to dzięki unii między nimi zawiązanej, czy nie. Dla wzmocnienia bezpieczeństwa obywateli należałoby powołać niezależny bliskowschodni trybunał praw człowieka.

Historyczna perspektywa może skłaniać do żywienia obaw, że powstanie takiego bloku zostałoby uznane za zagrożenie „żywotnych interesów Zachodu”, który użyłby miękkiej i twardej siły, by jemu zapobiec. Jednak obecność Turcji – potęgi militarnej samej w sobie, oddanego sojusznika Zachodu i niemalże partnera Unii – pomogłaby do tego nie dopuścić.

Dzisiaj pokojowy i zintegrowany w ten sposób Bliski Wschód wydaje się odległą fantazją. Ale przecież kto spodziewałby się, że Europa zdoła podnieść się pokojowo z ruin dwóch wojen światowych i zerwać żelazną kurtynę?