Basen Morza Śródziemnego to nic innego, jak masowy grób. Tylko od początku roku zginęło tu ponad 1800 osób. Zmarły z pragnienia lub utopiły się. Zabił je lodowaty mróz europejskiej polityki imigracyjnej. Wyspa Lampeduza jest jak tratwa dla rozbitków uciekających ze swoich domów.

Wielu z nich nigdy do niej nie dociera. Tych, którym się to udaje, czeka natomiast rozczarowanie. Odsyła się ich bowiem z powrotem. Na taki los skazana jest większość uchodźców. Jeśli cokolwiek działa skutecznie w unijnej polityce ds. uchodźców, są to z pewnością procedury repatriacyjne.

Kiedy okazuje się, że stare umowy dotyczące właśnie repatriacji da się podpisać bez większych zmian również z nowymi afrykańskimi rządami, europejscy ministrowie reagują z zadowoleniem. Działa stara zasada: „co z oczu, to z serca”.

Strategia Piłata

Wiele pieniędzy wydaje się, by ludzie poszukujący azylu wrócili tam, skąd przyszli. Co czeka ich, gdy się tam znowu znajdą? Tym nikt się nie przejmuje. Włożywszy szaty Poncjusza Piłata, umywa się w ten sposób ręce.

Europa broni granic, ale nie uchodźców. Ci, którzy umarli, nie otrzymali żadnej pomocy. To dlatego 25 ludzi udusiło się niedawno pod pokładem łodzi wiozącej ich z Libii do Włoch.

Śmierć na Morzu Śródziemnym stała się przygnębiającą rutyną – jest jak fatum, przed którym na próżno szukać ucieczki. W Europie akceptujemy ten stan rzeczy, obawiając się, że jeśli zaoferujemy tym ludziom pomoc, wkrótce u naszych granic pojawi się jeszcze więcej uchodźców.

Postrzegamy aktywną pomoc jako zaproszenie na Stary Kontynent. To dlatego nasze statki nie przybywają na ratunek ludziom stłoczonym na przeciekających łodziach. To dlatego Unia nie wypracowała programów wsparcia dla przybyszów. Brzmi to brutalnie, ale śmierć na Morzu Śródziemnym jest częścią strategii odstraszania.

Umową w imigrantów

Frontex, agencja europejska, która koordynuje unijne działania przygraniczne, odpowiedzialna jest za wyłapywanie uchodźców, ale pomaganie im to nie jej sprawa. Nieustanne patrolowanie nabrzeża – z ziemi i z powietrza – sprawia, że przybysze wybierają coraz to bardziej niebezpieczne szlaki.

Licząca już 60 lat konwencja ds. uchodźców znaczy dziś niewiele. Unia obiecuje wolność, bezpieczeństwo i sprawiedliwość, ale adresatami tej obietnicy są tylko i wyłącznie jej obywatele.

Gdy ćwierć wieku temu w Niemczech powstawała Pro Asyl, organizacja pomagająca uchodźcom, większość uciekinierów nadciągało z państw bloku socjalistycznego. Uciekali przed dyktatorami lub wojnami w rozpadającej się Jugosławii. Prosili o azyl w Niemczech.

Szef Pro Asyl, Juergen Micksch, mówił, że wszystko to było zwiastunem upadku bloku sowieckiego. Dziś jest podobnie. Przybysze z południa przynoszą nam wiadomości o politycznym, kulturalnym i społecznym wrzeniu. Tymczasem stosunek państw Unii do krajów, w których trzęsie się ziemia, wcale się nie zmienia. Pierwszą rzeczą, o jakiej rozmawia się z nowymi rządami, są umowy repatriacyjne.

Europa musi odzyskać ludzką twarz

Czy to naprawdę najważniejszy interes dla europejskich demokracji? Czy chcemy, by uczestnicy arabskiej wiosny odnieśli wrażenie, że Unia i jej demokracja to ekskluzywny klub, który polega na samym sobie? Korzeni dzisiejszych wydarzeń w basenie Morza Śródziemnego szukać należy w tych z sierpnia 1991 roku, kiedy to na południowym wybrzeżu Włoch wylądowali uchodźcy z Albanii.

Policja ścigała ich potem po ulicach Bari, a następnie zamknęła na stadionie piłkarskim niemal bez jedzenia i picia. Nie było litości nawet dla kobiet i dzieci.

Cały kraj wpadł panikę. Wojsko zaczęło patrolować wybrzeże Adriatyku, by powstrzymać uchodźców, którzy płynęli ku Włochom. Wtedy mówiło, że się Rzym popadł w szaleństwo. A jednak to z tego szaleństwa wyrasta dzisiejsza polityka Brukseli.

Europa musi skończyć z instalowaniem nowej żelaznej kurtyny. Musi zaoferować ochronę tym, których się prześladuje. Musi dać szansę imigrantom. Europa bez ludzkiego oblicza nie będzie Europą.