Irlandzka Komisja Planowania zebrała się niedawno na posiedzeniu w sprawie gazociągu „Corrib”. Było to już po gwałtownych protestach ekologów i setkach zatrzymań oraz wyrokach skazujących na łącznie kilka miesięcy pozbawienia wolności. Tłem dla tego spotkania, w którego trakcie przedstawiono 120 dokumentów i 80 ekspertyz, była trwająca i w kraju, i na forum międzynarodowym kampania informacyjno-medialna. Wiedza lokalnych działaczy ekologicznych i społecznych starła się tutaj z wiedzą prawników Shella i ugodowością urzędników państwowych.

Mieszkańcy, którzy od ośmiu lat obserwują, jak projekt jest odrzucany, a następnie po kolejnych posiedzeniach wskrzeszany, obawiają się, że Komisja ulegnie przeświadczeniu, iż skoro coś jest w 80 procentach ukończone, to już nie ma o czym gadać, zwłaszcza że chodzi, tak to się w każdy razie przedstawia, o istotne dla bezpieczeństwa energetycznego państwa przedsięwzięcie. Lokalna społeczność zwróciła uwagę, że nie konsultowano się z nią, jak należy. Wypowiedzi skupiły się także na nietypowej konstrukcji gazociągu, wysokim ciśnieniu, pod jakim ma on pompować gaz.

Mieszkańcy z łatwością dyskutowali skomplikowane kwestie techniczne, a eksperci wynajęci przez Shella mieli trudności z przekonaniem miejscowych. Nie spodziewali się ani tak drobiazgowego przesłuchania, ani tego, że często będą mieli kłopoty z udzieleniem odpowiedzi. Napięcia pomiędzy społecznością Erris i konsorcjum, którego głównym udziałowcem jest Shell, zaostrzyły się po zatopieniu w połowie czerwca przez nieznanych sprawców kutra Pata O’Donnella, rybaka i jednego z miejscowych liderów kampanii przeciwko gazociągowi.

Mieszkańcy przez jakiś czas solidarnie bojkotowali posiedzenia, po tym, jak zamaskowani mężczyźni zaatakowali i pobili w kwietniu rolnika Williego Corduffa, tak skutecznie, że ten trafił do szpitala. Akurat tak się złożyło, że ów Corduff protestował przeciwko, jak sądził, zresztą nie był w tym odosobniony, nielegalnemu grodzeniu terenu w miejscu, gdzie gazociąg dociera do stałego lądu, a takie próby Shell podejmował.

„Corrib” ma się połączyć z irlandzkim systemem przesyłowym w miejscu zwanym Glengad Beach, ale jak dokładnie to połączenie ma wyglądać, nie wiadomo. „To tylko gazociąg, jak każdy inny”, upierali się eksperci koncernu przez trzy dni, aż wreszcie, w krzyżowym ogniu pytań, poddali się. Czy planowana instalacja ma wyjątkowy charakter? „Tak”, padła prosta odpowiedź. Phil Crossthwaite, zajmujący się na zlecenie Shella oceną ryzyka, skrytykował swojego klienta za „żonglowanie” przepisami bezpieczeństwa, co nie jest „szczególnie dobrą praktyką”.

Natomiast ekspert Komisji Nigel Wright podzielił się obawami co do tego, że inwestor zignorował istotne niebezpieczeństwa – takie jak wewnętrzna korozja rur, klatrat metanu, błędy konstrukcyjne czy niestabilność rur w torfowisku. Podkreślił również, że ciśnienie gazu w planowanym gazociągu ma być „wyjątkowo wysokie” i wynosić aż 144 atmosfery, a więc niemal dwukrotnie więcej niż się w Irlandii i Wielkiej Brytanii standardowo przyjmuje. Wright zastanawiał się na głos, czy aby nie mamy tutaj do czynienia z „projektem rozwojowo-badawczym”. Ta sugestia wprawiła obserwatorów w osłupienie.

Nie ma wszechstronnego planu zarządzania bezpieczeństwem i monitorowania projektu. Shell zaproponował co innego – tak zwany plan 30 sekund, według którego wszyscy okoliczni mieszkańcy bez względu na wiek powinni poruszać się w pobliżu gazociągu z prędkością co najmniej 9 km/h, by uniknąć spłonięcia żywcem w przypadku pęknięcia rury. Wygląda na to, że eksperci koncernu nigdy nie chodzili po torfowisku, po nim, wszystko jedno, czy robi się to szybko, czy wolno, zawsze stąpa się ciężko. Na dobitek założyli, że gdyby zdarzyła się awaria, wystarczy 30 sekund, by dotrzeć do jakiegoś schronienia. Każdy, kto zna okolicę, wie, że bywa i tak, że owce strzyże się na pustkowiu, a torf kopie się tam, gdzie daleko dokądkolwiek.

Przepompownia Shella ma redukować ciśnienie gazu z 345 do 144 atmosfer. Jest ona jednak zlokalizowana tuż obok plaży w Glengad, co oznacza ryzyko wycieku gazu pod tym wyższym ciśnieniem w odległości mniejszej niż pół kilometra od ludzkich siedzib. Co więcej, istnieje niebezpieczeństwo, że ważąca blisko 4 tony stalowa konstrukcja podpierająca rurę będzie osiadać w miękkim torfowym podłożu. Kolejne niedbalstwo inwestora, wyciągnięte przez przeciwników projektu, wynika z pochodzącej z 2008 r. analizy oddziaływania gazociągu na środowisko. Według niej na jego trasie znajduje się 49 domów. W tegorocznym raporcie liczba ta wzrosła do 82, w tym 79 położonych w obrębie półkilometrowej „strefy śmierci”. Jeden z tych domów, zamieszkany przez parę emerytów, stoi zaledwie 40 metrów od planowanej trasy gazociągu.

Główny prawnik Shella zacytował unijne przepisy na temat priorytetowych siedlisk przyrodniczych, z których wynika, że projekt inwestycyjny może być zaaprobowany bez względu na „negatywne konsekwencje” i „brak rozwiązań alternatywnych”, jeżeli są po temu „powody związane z istotnym interesem społecznym lub ekonomicznym”. W tym przypadku jest jednak szansa, że względy ekologiczne przeważą nad ekonomicznymi. Departament Środowiska stwierdził w swojej najnowszej analizie, że istnieją „naukowo uzasadnione wątpliwości” co do braku negatywnego oddziaływania na siedlisko proponowanej budowy gazociągu i towarzyszącej mu asfaltowej drogi. Jeżeli Komisja Planowania nie będzie potrafiła udowodnić, że inwestycja nie naruszy integralności siedliska, Departament Środowiska „nie będzie mógł wydać zgody”.

„Istotny interes publiczny” bierze się pod uwagę tylko wówczas, kiedy nie ma rozwiązań alternatywnych. Mieszkańcy Erris od dawna wskazują odległe Glinsk jako inne możliwe miejsce przedsięwzięcia. Jeden z ekspertów określił Glinsk jako „lokalizację ze wszech miar lepszą ze względów zdrowotnych, bezpieczeństwa i środowiskowych”. Naciskany w tej sprawie Shell odwołał się do wewnętrznego raportu, który proponował poprowadzenie gazociągu przez okolice Dooncarton, gdzie w 2003 r. miały miejsce katastrofalne osunięcia się ziemi.

Jeden z mieszkańców zauważył w końcowej przemowie, że miejscowa społeczność od ponad ośmiu lat próbuje pomóc Shellowi uczynić „tego Titanica” bezpieczniejszym, ale „wszystkie oferty pomocy zostały odrzucone”. Ta i inne wypowiedzi potwierdzają coś, czego ogólnokrajowe media uparcie nie chciały przyjąć do wiadomości: że zdecydowana większość lokalnej społeczności popiera ideę gazociągu, ale nie w jego obecnej formie. Shell przyznał w trakcie przesłuchań, że planując inwestycję szedł po „linii najmniejszego oporu”, zamiast brać przede wszystkim pod uwagę względy bezpieczeństwa. Stwierdzenie to nie na żarty wystraszyło mieszkańców Erris.