W uzasadnieniu swej decyzji agencja Standard&Poor’s wprost odwołuje się do międzynarodowej wiarygodności i trwałości rządu w kontekście wydarzeń politycznych. Sądzę jednak, że obniżenie ratingu wynika głównie z konstatacji, że nasz kraj nie będzie się rozwijał, a dług spłacał tylko dzięki coraz wyższym podatkom. Jest to bowiem recepta gwarantująca jedynie los gorszy od tego, jaki mamy teraz.

Ale istnieje inny, ważniejszy rating dotyczący kraju. W tym wypadku problemem jest z pewnością osoba premiera – Berlusconi dał wielu Włochom nadzieję na stabilność polityczną i gospodarcze ożywienie. Nadzieja ta się rozwiała pod ciężarem toksycznej kombinacji niedotrzymanych obietnic, wpadek, skandali, nieobyczajnych zachowań i zaskakującej nieostrożności.

Największym zadaniem, przed jakim stoją teraz Włochy, to zakończenie ery Berlusconiego. Nawet jego najbliżsi przyjaciele wiedzą, że już nieodwołalnie przeminęła, że czas, by premier zszedł ze sceny. Ale nie ma jeszcze zgody co do tego, w jaki sposób odwrócić tę kartę historii.

Pożegnanie, ale jakie?

Ten i ów liczy, że burzliwa i zdumiewająca historia polityka z Arcore znajdzie finał przed sądem, podczas procesu o korupcję, oszustwa i obrazę moralności. Są tacy, którzy mają nadzieję, że prezydent rozstrzygnie sprawę w orędziu do obu izb parlamentu.

I jedno, i drugie rozwiązanie miałoby ten sam skutek – byłby to dowód bezsilności włoskiej demokracji, niezdolności poradzenia sobie z problemem z użyciem narzędzi, jakie przystoją systemowi demokratycznemu. Berlusconi musi odejść, ale w sposób, który nie gwałciłby konstytucji i ocaliłby to z jego politycznego dorobku, co zasługuje na zachowanie.

Mam zwłaszcza na myśli jego partię. Nie jest w niczyim interesie rozpad wielkiego podmiotu politycznego, trzykrotnie namaszczonego przez większość wyborców. Aby tego uniknąć, Berlusconi powinien ogłosić, że nie będzie już ubiegał się ponownie o urząd premiera i że wybory odbędą się na wiosnę 2012 r.

Przykład dał Zapatero

Czas siedmiu czy ośmiu miesięcy, jakie nas dzielą od tego momentu, dałby podobny skutek, z jakim mamy do czynienia w Hiszpanii, po tym, jak Zapatero zrezygnował z trzeciej kadencji i zapowiedział wybory na 20 listopada b.r. Krok ten ułatwił osiągnięcie porozumienia z opozycją w sprawach kluczowych dla państwa i dał kandydatowi socjalistów (jest nim minister spraw wewnętrznych Alfredo Pérez Rubalcaba) dość czasu na umocnienie swojej pozycji na czele partii.

Korzyści dla Włoch byłyby niebagatelne. Dalibyśmy Europie i światu przykład kraju zdolnego racjonalnie zająć się swoją przyszłością, gdybyśmy zmienili fatalną ordynację wyborczą (ale nie robię sobie wielkich nadziei co do tego). Oddalibyśmy głos opinii publicznej, która dziś może tylko dawać upust złości.

Dalibyśmy partiom czas na przygotowanie się do wyborczej konfrontacji. Dowiedlibyśmy sobie samym, że Włosi potrafią rozwiązywać problemy, stosując mechanizmy naturalne dla demokracji. Berlusconi zaś mógłby nie bez racji przypisać sobie część zasługi za taki rodzaj przejścia do nowego etapu.