Po ataku na „Flotyllę Wolności” w europejskiej prasie rozpętała się burza. Głosy potępiające Izrael za krwawą akcję mieszały się z ostrą krytyką propalestyńskich organizacji, które, a to jest raczej pewne, liczyły na sprowokowanie Izraela, co potem można by było wizerunkowo wykorzystać (na pokładzie zaatakowanego statku byli przecież reporterzy i kamery arabskich telewizji). Ani jedna, ani druga strona nie spodziewała się jednak, że sytuacja wymknie się spod kontroli i zginie tyle osób (według ostatnich doniesień co najmniej 9).

Prawda jest taka, że za ich śmierć bezpośrednio odpowiada państwo Izrael. To izraelscy komandosi pociągali za spust. I nie ma żadnego usprawiedliwienia, nawet jeśli zrobili to w obronie własnej, zwłaszcza że do ataku doszło na wodach międzynarodowych. To, że izraelskie władze z oburzeniem odsuwają od siebie odpowiedzialność, piętnując „propalestyńską prowokację”, zakrawa na ironię losu. Bo przecież w 1947 r. syjonistyczni przywódcy uciekali się do podobnej strategii, gdy przemycali na teren Palestyny ocalałych z Holokaustu europejskich Żydów. Statki z uchodźcami omijały brytyjską blokadę, a gdy Brytyjczykom udało się je zatrzymać, syjonistyczna propaganda przedstawiała ich jako pomocników Hitlera.

Wielka Brytania znalazła się wówczas pod pręgierzem światowej opinii publicznej. Było to wielkie propagandowe zwycięstwo, które utorowało drogę do utworzenia żydowskiego państwa. Ponad 60 lat później, role się odwróciły – to Izrael jest tym złym policjantem, a Palestyńczycy i ich zagraniczni przyjaciele – uciśnionymi. Czy jednak atak na „Flotyllę Wolności” doprowadzi do powstania niepodległej Palestyny?

To zależeć będzie w dużej mierze od reakcji zachodniego świata, który zdążył już zobojętnieć na krzywdy Palestyńczyków. Robert Fisk ubolewał na łamach Independenta, że na współczesnych polityków nie ma co liczyć, bo są „tchórzliwi” i boją się wystąpić w obronie ludzkiego życia. Jeśli jednak do rozwiązania bliskowschodniego konfliktu nie skłoni ich odrzucenie strachu, to może przynajmniej doprowadzi do tego chłodna kalkulacja zysków i strat. Kolejna zawierucha, a nie daj Bóg, otwarty konflikt na Bliskim Wschodzie byłby bowiem przysłowiowym gwoździem do trumny Europy borykającej się z gospodarczym, politycznym i światopoglądowym kryzysem.

Maciej Zglinicki