Stosunki Polski z Litwą nie były chyba tak złe od czasu dwudziestolecia międzywojennego i nic nie wskazuje na to, by miały się szybko poprawić. Długo zamiatane pod dywan problemy, takie jak pisownia polskich nazwisk, zwrot znacjonalizowanego w czasach komunizmu majątku litewskich Polaków czy prawo do dwujęzycznych nazw w regionach zamieszkanych przez polską mniejszość, wypłynęły na powierzchnię po ostrych wypowiedziach polskiego ambasadora na Litwie.

Nie owijając w bawełnę, dał on do zrozumienia, że litewskie władze nie spełniły licznych obietnic złożonych stronie polskiej, a tym samym dopuściły się także złamania regulacji unijnych. Riposta Wilna była natychmiastowa i równie dosadna, a we wzajemnych relacjach powiało chłodem. Wymiana argumentów była na tyle intensywna, że nawet zachodnie media zwróciły na nią uwagę.A w szczególności tygodnik The Economist, na którego łamach rozpętała się ożywiona dyskusja (ponad dwieście komentarzy czytelników!) i który porównał spór polsko-litewski do konfliktu między Macedończykami a Grekami o nazwę Macedonia.

„W skrócie Polska uważa, że w ostatnich latach zrobiła dla Litwy bardzo wiele, a jej dobra wola spotkała się z odrzuceniem i dwulicowością… Z kolei Litwini pamiętają stulecia polskiej dominacji i okres wymuszonej polonizacji regionu Wilna przed II wojną światową”, pisze brytyjski tygodnik. Podkreśla też, że strona polska „ma już dość”, polscy politycy przestali nawet rozmawiać ze swoimi litewskimi kolegami, a PKN Orlen szuka kupca na litewską rafinerię w Możejkach. Tygodnik nazywa całą awanturę o pisownię „polsko-litewskim teatrem absurdu”.

Jednak pod pozornie błahym sporem językowym kryją się dużo poważniejsze problemy dotykające tożsamości obu narodów oraz ich wizji historii. Zwraca na to uwagę estoński politolog Andres Kasekamp w wypowiedzi dla bałtyckiej agencji BNS: „spór polsko-litewski o pisownię może dla postronnych obserwatorów wyglądać nieco absurdalnie, ale ma poważne podłoże związane ze świadomością narodową”. I dalej przypomina, że „w XIX wieku litewski był językiem chłopów, inteligencja rozmawiała bowiem po polsku, a i po litewsku pisała, używając polskiego alfabetu”.

Nic zatem dziwnego, że „po rozpoczęciu się na Litwie odrodzenia narodowego, ruch nacjonalistyczny był skierowany przeciwko językowi polskiemu i wpływom kultury polskiej”. Jest jeszcze jeden powód niechęci Litwinów do zaspokojenia kulturowych roszczeń mniejszości polskiej, o którym rzadko się w Polsce mówi. Chodzi o niechętny stosunek części litewskiej Polonii do niepodległościowych dążeń kraju, w którym przyszło jej żyć, w okresie bezpośrednio poprzedzającym rozpad ZSRR (polscy komuniści na Litwie poparli pucz Janajewa). Efekt był taki, że plany utworzenia polskiego okręgu autonomicznego na Litwie spaliły na panewce.

Wydaje się, że załagodzenie sporu wymagać będzie od obu strony przede wszystkim powściągnięcia emocji i chłodnej kalkulacji ewentualnych strat i zysków. Warszawa pewnie nie zdoła za pomocą ostrej retoryki wymusić ustępstw na władzach w Wilnie. Jedynym sensownym rozwiązaniem sporu wydaje się arbitraż międzynarodowy albo droga sądowa (prawo europejskie wydaje się stać po polskiej stronie), ale ta może doprowadzić do całkowitego zamrożenie dwustronnych relacji, co pozbawiłoby Polskę litewskiego sojusznika na forum unijnym i to zaledwie na pół roku przed rozpoczęciem polskiego przewodnictwa we Wspólnocie. Litwa ma jednak do stracenia znacznie więcej.

Współpraca z Polską w dziedzinie bezpieczeństwa, energetyki i gospodarki leży bowiem w jej żywotnym interesie. To w końcu polskim myśliwcom NATO zleciło patrolowanie litewskiego nieba i to dzięki polskim dyplomatom to samo NATO musiało wreszcie opracować plany obrony Polski i republik bałtyckich w przypadku ataku z zewnątrz.

Brukselscy urzędnicy wypracowali fantastyczny mechanizm rozwiązywania problemów pozornie nierozwiązywalnych – okres refleksji. Zarówno Warszawa jak i Wilno potrzebują dziś chwili zadumy nad wzajemnymi relacjami. Szkoda by było, aby narody, które tyle razem przeszły, stały się sobie obce, a w najlepszym razie obojętne.