W Portugalii na razie strach przeważa nad nadzieją. Dług Grecji sięgnie w przyszłym roku 168 proc. PKB. Irlandczycy byli gotowi do wyrzeczeń i wzięcia odpowiedzialności, i to procentuje. Islandia poradziła sobie z długiem i myśli o unii walutowej z Kanadą.

Nie skusili się na złote kielichy, zabrali tylko serce. Skrzynia z relikwią św. Wawrzyńca wisiała w żelaznej klatce, więc złodzieje musieli użyć piły – przypuszczalnie dali się zamknąć na noc w dublińskiej katedrze, po czym wyszli niepostrzeżenie z pierwszymi zwiedzającymi. Serce XII-wiecznego świętego to najcenniejsza relikwia Dublina – św. Wawrzyniec jest patronem tamtejszej archidiecezji. Co ciekawe, to już trzecia kradzież irlandzkich relikwii w ciągu pół roku – z opactwa pod Limerickiem skradziono drzazgi z krzyża pańskiego, a z innego dublińskiego kościoła próbowano wynieść szczękę św. Brygidy. Złodzieje uciekli z pustym relikwiarzem, bowiem uzębienie patronki Irlandii było akurat w czyszczeniu.

Przejaw kryzysu w świecie przestępczym czy może znak nowej pobożności? W końcu św. Wawrzyniec z Dublina był słynnym ascetą – w dzieciństwie spędził dwa lata w lochu o chlebie i wodzie, jako duchowny chodził we włosiennicy, odmawiał sobie wygód i często pościł. Mógłby być patronem austerity, kultu cięć i wyrzeczeń, w którym od dwóch lat żyją Irlandczycy, ale też Portugalczycy i Grecy. Z trzech krajów, które zgrzeszyły rozrzutnością, a po upadku musiały przyjąć jałmużnę od reszty strefy euro, każdy jest dziś na innym etapie pokuty: Grecja została właśnie strącona do piekieł, Portugalia czeka na rozgrzeszenie, a Irlandia weszła na drogę odkupienia. Co poza tym słychać u europejskich bankrutów i dlaczego wieści z czyśćca są tak różne?

Wielkie greckie bankructwo

Ponad 100 mld euro – tyle stracili prywatni wierzyciele, którzy 8 marca zgodzili się wymienić stare greckie obligacje na nowe, warte o połowę mniej papiery rządowe. Wymiana była niby dobrowolna, ale wierzyciele mieli tak naprawdę nóż na gardle – rząd w Atenach zagroził opornym, że nie odda im nawet połowy. Obyło się bez szturmu na bankomaty, zamieszek na ulicach i wstrząsu na rynkach finansowych – tego nie życzyli sobie przywódcy strefy euro w obawie, że upadek w stylu argentyńskim pociągnie inne kraje, a może i całą unię walutową. Nie było scen rodem z Buenos Aires, co nie zmienia faktu, że greckie bankructwo jest większe niż argentyńskie z 2002 r. I wbrew powszechnej uldze, jaka po nim zagościła, nie kończy kłopotów finansowych Grecji.

Grecja złupiła wierzycieli prywatnych, by dostać więcej pieniędzy od wierzycieli państwowych – oddłużenie było warunkiem wypłaty drugiego pakietu ratunkowego. Ateny dostały już pierwszą transzę pieniędzy, ale z kolejnymi będzie coraz trudniej, bowiem warunki i cele programu naprawczego są nierealistyczne. Dalsze cięcia pogłębią tylko pięcioletnią recesję, a bez wzrostu Grecja nie sprowadzi swojego długu do rozsądnego poziomu.

Marcowe bankructwo ścięło zadłużenie o jedną trzecią, ale pozostaje 250 mld euro, które nadal trzeba obsługiwać. Dziś idą na to środki z pakietów ratunkowych, ale te starczą tylko do 2015 r., kiedy Ateny powinny wrócić na rynek obligacji. Już dziś wiadomo, że nie wrócą. Dlatego w Brukseli mówi się już o trzecim pakiecie, choć ten drugi nie został jeszcze w całości wypłacony. I może nigdy nie trafić do Aten, bowiem wypłata zależy od wyniku wiosennych wyborów parlamentarnych. Zwycięzcy dostaną pieniądze, jeśli zgodzą się dalej ciąć i reformować, a to wcale nie jest pewne.

Prymusi z Dublina

Tak jak Grecy biorą pieniądze bez mrugnięcia okiem, tak Irlandczycy mało nie spalili się ze wstydu, gdy w listopadzie 2010 r. musieli poprosić o pomoc. Półtora roku później Ateny i Dublin dzielą lata świetlne: irlandzka gospodarka jako pierwsza z ratowanych zaczęła już rosnąć, 15-proc. bezrobocie zaczyna wreszcie spadać, a kraj jest na dobrej drodze, by w przyszłym roku wrócić na rynek obligacji. Tak jak Ateny co kwartał oblewają kolejne egzaminy z deficytu i oszczędności, tak Dublin zalicza je śpiewająco i zbiera pochwały w Brukseli.

Pod wieloma względami Irlandia miała łatwiej. Inaczej niż w Grecji państwo nie żyło latami na kredyt, a eksplozja długu wynikła z przejęcia przez rząd zobowiązań rodzimych banków, które zadłużyły się na śmierć podczas irlandzkiej manii budowlanej. Po drugie, Irlandia miała przed kryzysem konkurencyjną gospodarkę opartą na eksporcie, podczas gdy w Grecji nie ma ani nowoczesnego przemysłu, ani wykwalifikowanej siły roboczej. Ta gospodarka właśnie budzi się do życia, a cięcia i oszczędności tylko jej pomogły, bowiem obniżyły koszty pracy. Ale największa różnica polega na tym, że Irlandczycy byli gotowi do wyrzeczeń i wzięcia odpowiedzialności, podczas gdy Grecy woleli protestować i winić wszystkich poza sobą.

W maju Irlandia zafunduje Europie polityczne emocje: jako jeden z nielicznych krajów zapowiedziała referendum nad uzgodnionym niedawno paktem fiskalnym. Irlandczycy dwukrotnie odrzucali traktaty unijne w pierwszym podejściu, ale tym razem mają dużo do stracenia: jeśli nie ratyfikują paktu, stracą prawo do korzystania z Europejskiego Mechanizmu Finansowego, czyli nowego funduszu ratunkowego dla państw w tarapatach.

Lizbona dwoi się i troi...

Przyszłość strefy euro nie rozstrzygnie się jednak w Dublinie, tylko w Lizbonie, bo to na nią przeniosła się uwaga rynków finansowych po bankructwie Aten. „Nie jesteśmy drugą Grecją” – zarzeka się co chwilę premier Portugalii Pedro Passos Coelho. Według pesymistów jego kraj jest jednak skazany na drugi pakiet ratunkowy i uporządkowane bankructwo, według optymistów ma jeszcze szansę go uniknąć. Pomoc wzięła jako ostatnia, więc wchodzi dopiero w fazę ostrego dostosowania finansów publicznych, jednocześnie ma tyle samo wspólnego z Grecją co z Irlandią. Z jednej strony nagromadziła sporo długów i brakuje jej konkurencyjności, z drugiej rząd konsekwentnie tnie wydatki i reformuje gospodarkę, a obywatele dzielnie to znoszą. Pytanie, czy to wystarczy?

Na razie strach przeważa nad nadzieją. Rentowność portugalskich obligacji utrzymuje się powyżej 13 proc., co wskazuje na niechybne bankructwo. Niedawne interwencje EBC, które pomogły zbić koszty obsługi długu Włoch i Hiszpanii, Portugalii na niewiele się zdały, bo inwestorzy dalej nie chcą kupować jej obligacji. Mają powody do obaw: ubiegłoroczny założony poziom deficytu udało się osiągnąć tylko dzięki przejęciu przez państwo funduszu emerytalnego portugalskich banków. Bruksela chwali rząd Coelho, ale wskazuje, że realizacja tegorocznych celów będzie znacznie trudniejsza, zwłaszcza że recesja sięgnie 3,3 proc. PKB, a bezrobocie dobije do 14,5 proc. Likwidacja dni wolnych z okazji karnawału nie postawi gospodarki na nogi, a na efekty reform strukturalnych trzeba będzie poczekać.

Ale Portugalia ma też jasne strony. Rząd Coelho zrealizował 60 proc. planu prywatyzacji: Chińczycy i Brazylijczycy kupili dwie największe firmy energetyczne, na sprzedaż czekają też wodociągi, linie lotnicze TAP i poczta. Dotychczasowe wpływy wynoszą 3 mld euro – dla porównania Grecji w dwa lata udało się wygenerować zaledwie 1,5 mld, mimo że plan uzgodniony z Międzynarodowym Funduszem Walutowym opiewał na 50 mld euro. Rośnie portugalski eksport, napływa kapitał z dawnych kolonii, ale decydujący głos będą mieli inwestorzy na rynku obligacji. Jeśli spiszą kraj na straty, Portugalia będzie musiała pójść w ślady Grecji, ale jeśli dadzą jej szansę, może jeszcze uciec przed bankructwem.

...a Islandczycy sądzą premiera

Nie od dziś wiadomo, że katolicyzm i prawosławie to religie mniej pragmatyczne niż luteranizm – to może wyjaśniać, dlaczego jeden kraj poradził sobie z kryzysem lepiej niż pozostali trzej bankruci, choć ucierpiał na nim najbardziej w Europie. Mowa o Islandii, która w 2009 r. zaliczyła zapaść całego sektora bankowego, której gospodarka skurczyła się w dwa lata o 13 proc., dług skoczył z 28 do 100 proc. PKB, a waluta straciła 40 proc. wartości. A jednak dziś gospodarka wyspy znowu rośnie, agencje ratingowe wyciągnęły już islandzkie obligacje ze śmietnika, a pół roku temu rząd w Rejkiawiku dokonał pierwszej udanej emisji długu od czasów kryzysu. A wszystko po tym, jak Islandia zachowała się dokładnie odwrotnie niż Grecja, Irlandia i Portugalia.

Po pierwsze, pozwoliła upaść bankom – ich bilanse napęczniały przed kryzysem do 1000 proc. PKB, więc ratowanie skończyłoby się natychmiastowym bankructwem państwa. Po drugie, odmówiła zwrotu depozytów klientom banków z Wielkiej Brytanii i Holandii – rząd nie miał pod ręką 5 mld dol., poza tym Islandczycy uznali, że brytyjski i holenderski nadzór finansowy powinien był ostrzec własnych obywateli przed lokowaniem kapitału na wyspie. Po trzecie, wprowadziła kontrole przepływu kapitału – było to wbrew wolnorynkowej ideologii, ale pozwoliło zatrzymać ucieczkę kapitału z wyspy, a tym samym załagodzić dramatyczny spadek wartości korony islandzkiej.

Islandia wzięła 10 mld dol. od MFW i Unii Europejskiej, ale już w sierpniu ubiegłego roku zakończyła plan naprawczy: przeprowadziła wymagane reformy i zrównoważyła budżet. Oczywiście w kraju liczącym 320 tys. mieszkańców i posiadającym własną walutę było to stosunkowo łatwe, ale tempo jest mimo wszystko imponujące. Zamiast wskazywać na winnych, Islandczycy postawili ich przed sądem: w Rejkiawiku ruszył proces byłego premiera, który odpowie za zaniedbania w nadzorowaniu banków. Co ważniejsze, pozwano także ich prezesów, a tym ostatnim grozi prawdziwa odsiadka za oszustwa i manipulacje rynkowe. Premier przypuszczalnie uniknie kary, choć Islandia zmienia już prawo, by taka sytuacja się nie powtórzyła.

Gospodarka urośnie w tym roku o 2,5 proc., i to nie za sprawą wirtualnego eksportu, tylko realnych inwestycji i konsumpcji wewnętrznej. Islandia staje na nogi, bo w przeciwieństwie do Grecji ma na czym oprzeć swój wzrost: do łask wróciło rybołówstwo, przede wszystkim rozwija się energetyka geotermalna i metalurgia. Nowe gałęzie przemysłu dają zatrudnienie, ale problemem Islandii na dłuższą metę pozostaje waluta, która w kryzysie okazała się papierkiem na wietrze. Początkowo Islandczycy chcieli wstąpić do strefy euro, ale dziś spoglądają raczej ku unii walutowej z Kanadą. Tamtejsza gospodarka też opiera się na surowcach, a Europa wciąż nie wyszła ze swojego kryzysu. Po co pokutować, skoro można pracować?

Pełną wersję artykułu można przeczytać na stronie tygodnika Polityka